Showing posts with label dobro. Show all posts

może zróbmy tak: będę pisać o samych błędach. nie chce mi się pisać codziennie, że jadłam kaszę z warzywami. fajne jest to, że na prezentacjach, wigiliach itp. potrafię powstrzymać się od ciastek i chlebusia. oczywiście gorzej będzie na mityngach familijnych, ale co tam. dzisiejsze potknięcia: alkohol (maciupko! symbolicznie wręcz! w ogóle pomyślałam, żeby zmodyfikować zasady. jedna miarka alkoholu na jedno spotkanie towarzyskie. sounds good) oraz... no właśnie? chyba za dużo jem czekolady. gorzkiej, to prawda, ale chyba jednak za dużo. może mam niedobór magnezu, hie hie hie. no nie wiem. jest ok. nawet się wyspałam, bo z wielką niefrasobliwością stwierdziłam, że DZIŚ WENY MIEĆ NIE BĘDĘ, zresztą spanie jest tak dobre. kierunek: wanna.

aaa i wczoraj byliśmy w tym pierwszym rzędzie, bezglutenowy lancz bardzo w porządku, ale podobno zrobiłabym lepsze. miejsce do polecania. czystek już mi nie smakuje :< 

najlepsze są początki, kiedy jestem po prostu zajarana zdrowiem. jem kaszę, kaszę, kaszę oraz ryż i warzywa. piję czystek drugi dzień. do tego w józefowskim eko-sklepiku nareszcie można płacić kartą, więc poczułam się bogiem. awokado! surowe kakao! chleb z ziaren! eko-kiwi! tak więc od jutra wracamy do chlubnej tradycji zielonych soków. żebym jeszcze nie odsmażała jedzenia z wczoraj... aaaale ok. na ryj kładę olej kokosowy, śpię w innym pokoju, jest lepiej, pamiętam sny.

powoli zaczynam myśleć o przyszłym roku. nie są to postanowienia, raczej - kierunek. wskazówki. dzięki takiej metodzie całkiem sporo udało mi się osiągnąć w 2014, polecam. łatwiej się skoncentrować. trochę tego jest, ale nie mam zamiaru się przemęczać: byleby nie skarleć.

dzisiaj dojadałam curry, było też awokado na waflach (a na rumiku się przechwalam dietetyczną wiedzą, że to zło), jabłko (znowu zapomniałam zjeść pestek), kawa (!), ZERO PAPIEROSKÓW, a bardzo miałam ochotę. tak więc: jea! spoczko. o jutro się nie martwię, mam zapas jedzenia i, uwaga, idę na RANDKĘ, może wreszcie odwiedzę tę bezglutenową kawiarnię w teatrze powszechnym, skoro tam właśnie idziemy.

dzisiaj będzie dużo przekleństw, bo jestem na kacu i jestem wściekła. serio. już dosyć. wracam do turbo-zdrowia. teraz już bez żadnych ALE. zero nabiału, zero kurwa glutenu, zero alkoholu. NO WŁAŚNIE. zaczęłam zadawać się z ludźmi, którzy za dużo piją i jedzą mrożone pizze. koniec tego dobrego. trzeba się sobą zaopiekować, bo zaczynają mnie uczulać rzeczy nieuczuleniowe. plus CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE.

tak więc jakie plany? piciu: czystek. tzn. czysto, bo bezalkoholowo, i czystek, roślinka. codziennie będę pić z niej herbatę, która ma ponoć działanie antyhistaminowe (głupia wysypka), antyoksydacyjne i wzmacnia odporność. POTRZEBUJĘ TEGO NATYCHMIAST. ma też ładnie oczyścić z metali ciężkich, a ostatnio nie odmawiałam papieroskom. 



w tym roku pigwówki nie będzie, przegapiłam. może to i dobrze. okej. byleby konsekwentnie i wytrwale. no i dżoga. i wysypianie się, bo z tym ostatnio też słabo. za dużo pracy, za dużo garbienia się przed komputerem. obiecuję sobie i światu: znowu codzienne pisanie, obserwacja jedzeniowa, olejowanie, pisanie w dzienniku, spacery. 

będzie dobrze.

udało się. kto mnie zna ten wie, że ustaliłam sobie pewną klasyfikację: z flory najbardziej lubię mech, wrzosy, takie różne, później plasują się wszelkie drzewa (iglaste ponad liściastymi), krzewy, a na końcu kwiatki. tak więc ściółka rządzi. sami rozumiecie, że musiałam spróbować ciasta leśny mech.


zdjęcie nie oddaje zieleniutkowości, ale macie pewne wyobrażenie. kolor dzięki szpinakowi! ale nie czuć. oto przepis, spróbujcie sobie (nie jest zbyt zdrowe, ale czasem można, co nie?).

rozmrażamy torbę szpinaku rozdrobnionego i odciskamy z niego wodę. 4 jajka miksujemy z ponad szklanką cukru na puszysto. miksując, dodajemy ponad szklankę oleju. można też dodać nieco ekstraktu waniliowego. do tej masy dodajemy wcześniej zmieszaną mąkę (2,5 szklanki krupczatki - ja miałam gryczaną i wyszło okej, do tego bezglutenowo prawie) z proszkiem do pieczenia (3 łyżeczki). miksu miksu. na koniec dodajemy rozmrożony szpinak i mieszamy drewnianą łychą, aż ładnie się połączy.

pieczemy w tortownicy (na papierze do pieczenia, oczywiście), około godziny w 180 stopniach (ale lepiej pilnować i sprawdzić patyczkiem). po wystudzeniu już ucinamy wierzch (tak powiedzmy w 2/3 wysokości), przekładamy ten wierzch do miski i kruszymy w palcach. reszta niech sobie zostanie w tortownicy (razem z założonymi brzegami). 

czas na masę śmietankową! na wstępie zaznaczę, że wolę masy serkowo-twarogowe, a także budyniowe, dlatego pomyślę nad modyfikacją tego przepisu. ale po bożemu jest tak: cytrynową galaretkę rozrabiamy w 200 ml wrzątku, zostawiamy do wystygnięcia, aż się zrobi nieco kisielowata. śmietankę kremówkę (400 ml) ubijamy na sztywno, dodajemy trochę cukru pudru (3 łyżki?). uwaga! dodajemy tężejącą galaretkę, szybko miksujemy! i tę masę wykładamy na ciasto, przysypujemy owymi okruszkami, dekorujemy czymś (dodałam żurawinę, ale lepsze byłyby jagody, borówki albo nawet granat) i już. z boku wygląda to mniej więcej tak:


a teraz idę pooglądać prawdziwy mech.

halo, jesień! cieszę się z tego. dzisiaj dzień jest po prostu cudowny (śniadanie na tarasie, pisanie przy otwartym oknie). nie piszę nie dlatego, że zarzucam pomysł, ale albo nie mam netu, albo czasu, albo siły bądź nowości, by się pochwalić. mało gotuję (dlatego dzisiaj przesiedziałam w kuchni), jem dosyć dobrze, głównie owsiankę/jaglankę z jesiennymi owocami. unikam chleba, nie piję mleka od dawna, kawy chyba od miesiąca. przez ten czas spotkałam wiele w jakiś sposób ważnych dla mnie ludzi (będzie wywiad z lidią popiel, kasią kniołą, michałem zygmuntem...), a na weekend wyjechałam do jeleniej góry. w dobrym towarzystwie chodziłam po parku zdrojowym, jadłam serniki krakowskie i leczyłam się pigwówką. wycieczkę zaliczam do wielce udanych.



kończy mi się benefit, z czego się w sumie cieszę. dzisiaj w planach i rower, i basen, i joga na macie. mam miejsce dla siebie w tym domu, nareszcie. czas sobie wynagrodzić. chcę ćwiczyć samodyscyplinę, nie potrzebować żadnych kart i wymówek. po powrocie (szykuje się niezły wyjazd-niespodzianka już za tydzień!) być może wrócę do szkoły astangi na gałczyńskiego - instruktor zawsze się przyda. na razie wierzę w spacery po lesie i wieczorne ćwiczenia z jutjuba. na pewno będę się dzielić.

a dzisiaj w kuchni: zupa krem z dyni oraz tort szpinakowy (dla pewnej solenizantki). krem wyszedł spoko, oto przepis (ale polecam dodać więcej dyni i marchewki): kilo dyni, 2 marchewki, por. to wszystko (pokrojone, oczywista) wrzucić na rozgrzaną oliwę i niech się robi. dodajemy starty świeży imbir, wszystko na dużym ogniu. dodajemy ok. 2 szklanki ciepłej wody, 2 łyżki soczewicy czerwonej (zielona też spoko), 3 łyżki sosu sojowego oraz nieco soku z cytryny. do tego jeszcze kurkumę (dużo! działa przeciwbakteryjnie i ponoć ma też właściwości przeciwnowotworowe), 4 łyżki kaszy jaglanej bądź poppingu z amarantusa. zostawiłam to wszystko to gotowania dosyć długo, fun fact: pachniało jak rosół babci jasi. jak marchew zmiękła, zmiksowałam i dodałam nieco mleka kokosowego (znalazłam w kartonie, jupi!). posypałam prażonymi pestkami dyni. that's all, folks!

na szpinakowy tort przepis podam jutro, jeśli wyjdzie. na razie ciasto jest w piekarniku (niestety wcale nie tak zielone, jak na zdjęciu), galaretka się chłodzi. póki jasno - jadę na rower.



ps. trochę kraje mi się serce, że teraz taka moda na pszczoły. jedna z tych moich kochanych rzeczy, które robią się trendi. ale to tylko wyjdzie światu na lepsze. i tak na razie nie mam możliwości mieć swojego ula. w przyszłym roku chciałabym dołączyć do pasieki miejskiej w domkach fińskich. to, oprócz islandii i korei, kolejny plan na 2015. będzie dobrze.

jest tak w porząsiu, że nie ma co się rozdrabniać na zdjęcia instagramowe, lajki i inne takie. powiem wam tak: zaskoczenie, bo myślałam, że wyniki będą raczej do przemilczenia, ale nie. z dodatkowymi kilogramami czuję się naprawdę dobrze i obstawiam, że to jest moja waga docelowa - na jak najdłużej. nie mam zamiaru schodzić niżej, o. tylko przydałoby się więcej mięśni.

waga do mojej wiadomości, ale mój wiek metaboliczny to... 12 lat (ktoś tu się zadaje z nieletnią!), procent tłuszczu.. 19,8%, czyli sponio. oczywiście świrowałam, że jestem skinny-fat i mam otłuszczone organy, ale nie, w skali 1 do 9 - jedyneczka, joł.

według dobrych rad, mogę żreć i przytyć. dzisiaj byliśmy na basenie, przez tę hecę z benefitem ciągle się zastanawiam, czy nie wyłasić się na karnet w astandze. albo po prostu pochodzę jeszcze intensywnie i spróbuję sama... a w ogóle to chciałabym nareszcie nauczyć się biegać - i mam ksionę chodakowskiej, to się przyda na czas biedy. a ów czas się zbliża, bo jak już kupię bilet do korei, to zacznie się zaciskanie pasa i przygotowania: chcę być w najlepszej formie!

i tak co rano...



a dieta? well, po oczyszczaniu staram się jak najlepiej, ale wszystko rozbija się o deser, który zrobiłyśmy u kuzynów. pychottttaaaaa! granolowe batony, mam zamiar zjeść całą blachę. oczywiście można się oszukiwać, że to zdrowe, ale słuchajcie: najpierw na blachę (przyda się papier do pieczenia) wylewamy masełko. na to - orzechy włoskie (fun fact: najpierw łupałyśmy je młotkami), wiórki kokosowe, żurawina, czekolada (deserowa i biała), wszystko posiekane. i najważniejsze, czyli mleko skondensowane... to wszystko do piekarnika na 20 minut, po ostygnięciu - do lodówy. jak już jest mega stałe, można pokroić na batonowe paski. jeść, jeść, jeść.

ps. mooncup sprawdza się na basenie.

no no, doczekałam się ponaglenia! oto piszę. żyję, chociaż w niedzielę prawie nie zemdlałam od oczyszczania, a dzisiaj walnęłam głową o podłogę (bo nie potrafię stać na rękach). wbrew pozorom, wiele się dzieje (w ogóle w tym roku jakoś ciągle, coś, się, dzieje, prawda?), a ja nie mam ani zdjęć, ani czasu, żeby to jakoś ładnie spisać. dzisiaj daję sobie parę minut: do roboty!

otóż. kolejny raz to już NA PEWNO ostatni. mam dosyć tego całego oczyszczania. w ogóle to uważam, że nie ma we mnie już kamieni. ledwo żwirek. przeżyję.

zawsze po weekendzie u kuzynów wracam z dodatkową energią (oraz koszykiem pełnym łakoci - kto dzień po detoksie rzuca mnie na naleśniki i ciasto, ej, nie fair). mam chęć (!) robić dobrze, dbać i nie poddawać się. oddycham głęboko (jak tylko moje nozdrza na to pozwalają) i cieszę się z zwykłych rzeczy. dzisiaj rano obudziłam się przed budzikiem, wyszłam na ogródek poskakać na skakance, rozpoczęłam squat challenge. zjadłam jaglankę, zrobiłam szejkuś dla dwojga (w ogóle to przestrzegam przed dodawaniem do smutis zbyt dużej ilości młodego jęczmienia - bardzo wpływa na smak, napój robi się kwaskowaty i jakby musujący, co nie pasuje do zieleniny). po pracy - dżoga. i powiem wam, było hardo, bo raz, że dawno nie ćwiczyłam, dwa, że poszłam na vinyasę do kobiety, której nie znałam. niektórych rzeczy nigdy nie próbowałam. co to za pozycje! jeju, byłam najgorszą ciapą na całej dzielni! ale to nic, przynajmniej widziałam, że mimo przerwy, postępy są.

zaczęłam też kurację antypasożytową. przez 8 dni, wieczorem, trzeba pić kubek naparu (1/2 łyżeczki piołunu, 1 łyżeczka mięty, 1/2 łyżeczki kurkumy, a ja jestem prymuską i dodałam jeszcze łychę orzecha włoskiego). wypiłam dziś i było OBRZYDLIWE. ale wiadomo, że syropkiem to tego nie załatwię. dla zainteresowanych tematem: polecany jest orzech czarny, ale w mojej zielarni tego nie mieli. na rano polecany jest citrosept. uważam, że to opcja dla słabiaków i zażyję oregasept (tak naprawdę mam to w szafce, również niesmaczne, ale przynajmniej oczekuję lepszych efektów). i za dwa tygodnie taką przyjemność powtórzę. mam nadzieję, że dam radę!

a tu, proszę bardzo, lista pokarmów przeciwpasożytniczym: burak, kapusta, marchew, czosnek, por, cebula, rzodkiew, szczaw <3, szczypior, papryka, pietruszka, seler (surowy, ble). z innych takich: koper, goździki, pieprz kajeński, szałwia ogrodowa, imbir, chrzan, tymianek, kminek, curry, cynamon, kurkuma, gorczyca. 

obiecuję sobie: codziennie kefir (dla brzusia), jabłko Z PESTKAMI (dla bezpiecznego jodu), nigdy nie brać już suplementów z witaminami, płukać usta olejem (akurat mi się lniany skończył, demmm), szczotkować się na sucho (jeśli się wyśpię...), a po skończonej kuracji naparowej spróbować nalewki czosnkowej. voila!

do przemyślenia: na tarczycę może wpływać duża ilość chloru i/lub fluoru w wodzie. może trzeba będzie pomyśleć o filtrach na prysznic. co myślicie o tym jedzeniu w ciągu 8 godzin? wymagałoby to ode mnie żarcia w godzinach 8-16, czyli żadnych romantisze kolacji. chyba się nie skuszę.

ale mi się napisało! i zapomniałam wam powiedzieć, co z bronisławem: spróbowaliśmy, nie było złe, taka dziwna, zbyt intensywna kola, ale świadomość, że ten grzyb siedzi mi w kuchni źle na mnie oddziaływała. rozstaliśmy się w zgodzie.

halo, lalo! wróciłam! tak, tak, w sobotę już, ale i tak się wiele działo. przeszłam chyba z 50 kilometrów, zjadłam 30 kilogramów glutenu, przytyłam i opaliłam się na śmiesznie. wyglądam trochę jak nie ja, do tego dzisiaj byłam u fryzjera i nie zrozumieliśmy się za bardzo, nad czym ubolewam. ale włosy mają to do siebie, że odrastają.


trochę straciłam motywację i powoli wracam na dobre tory. przede wszystkim muszę się wyspać, bo jak na razie mi się nie udało. do tego w niedzielę zgubiliśmy się w lesie. wyszliśmy na krótki spacer, a wróciliśmy po 3,5 h, ale za to z grzybami! nie mieliśmy za wiele z nich pożytku, ale pachniały pięknie. poleżałam chwilę w lesie i jestem przekonana, że to lepsze dla mnie miejsce niż zatłoczone miasto. trzeba więcej oddychać i zadbać o swoje mięśnie. tak więc no more penne, wracamy do jogi i motywacyjnych lektur. za tydzień znów czeka mnie oczyszczanie, a do tego wspólne plany. gdzie ta wspinaczka?



podsumowując: las, spacery, skakanka, basen, joga, szorowanie ciała, zero słodyczy, glutenu, mleka i ograniczenie alkoholu. do tego wszystko na spokojnie: okazuje się, że z tego wszystkiego najbardziej pomaga mi po prostu żywokost. koszt - eee złotówka? plus woda utleniona. chcę mocno zaoszczędzić na przyszłą wielką wyprawę.


tymczasem w planach mieszanka ziołowa na pozbycie się dziabdziaków z siebie. bardzo polecane są takie zioła jak piołun, mięta, kurkuma. każde po pół łyżeczce zmieszać ze sobą, zaparzyć, pić codziennie wieczorem przed snem przez 8 dni. no i ciekawe. zrobię po powrocie z offa! trzymajcie za mnie kciuki.

moi drodzy, wiem. według niektórych już za bardzo popłynęłam, ale kompletnie mi to nie przeszkadza! traktuję to trochę z przymrużeniem oka, chociaż przecież jestem w 100% przekonana. dzisiaj byłam u lekarza u szarlatana na badaniach voll'a. co prawda ta placówka reklamuje się hasłem medycyna XXII wieku i w ulotce miała literówkę, ale co tam. chcecie wiedzieć, na czym polega diagnostyka EAV? no dobra, w skrócie, bo sama nie za bardzo czaję: wykorzystując meridiany (tu się kłania chińska medycyna, akupunktura i te sprawy), przez które przepływa energia (stary dobry prąd) sprawdza się, gdzie jest spadek energii = zator = problem. co mi wyszło?


otóż jest całkiem okej! sprawdziły się pewne sprawki, które już znamy (autoagresja, wątroba, śledziona intensywnie pracuje, ale to dobrze), alergie mnie zaskoczyły (z pokarmowych: tylko krowie mleko! plus, muszę sprawdzić, kiedy kwitnie leszczyna...), reszta umiarkowanie. jeśli chodzi o gluten, to toleruję, ale... mam go w sobie zdecydowanie za dużo. jak już pozbędę się nadmiaru, co jakiś czas zje się pizzunię albo porządną pajdę... co ważne: zmienić środek piorący (jelp? orzechy? anyone?). i prać często pościel. hmhmhm.

tak czy siak, wiele się zgadza i nie żałuję tej wycieczki. zawsze coś nowego. na do widzenia dostałam kartkę z wypisem, co mi dolega, diagnostykę organizmu (wszelkie nadczynności i niedoczynności), a także małe ksero z poradami, które dobrze już znacie. wykaz produktów z glutenem bądź bez, tabelka o kwasotwórczych i zasadotwórczych produktach... powinnam być na 8-tygodniowej diecie bezglutenowej na hardkorze. z rzeczy, o których jeszcze będę pisać: klasyfikacja żywności dla prawidłowego łączenia produktów (ląduje na lodówce - fajnie, nigdy mi się nie chciało robić tej tabelki!) oraz wskazówki, jak oczyścić się z różnych nieprzyjemności, które każdy z nas nosi. hint: będzie o gorzkich, niesmacznych naparach. no już nie mogę się doczekać... (ale najpierw: wycieczka).

tak naprawdę zapomniałam o wielu rzeczach napisać! kolejne oczyszczanie, pomysły na badania (ostatnio nie mam się najlepiej i podejrzewam, że coś zaczęło mocno szwankować. do sprawdzenia. tylko się nie śmiejcie z moich sposobów...), ćwiczenia na astro-maszynie (dla ruskich kosmonautów!), do tego ukłucie zazdrości, kiedy widzę, jak mój chłopaczendo pakuje na siłce (skąd takiej szybkie efekty, eeeej). no i nie umiem się podciągnąć.

czytam sobie men's health, na dworcu kupiłam przeceniony women's, ale jak na razie nic nowego nie przeczytałam. hmmmphm. ale do rzeczy.


rano zjadam owsianki - i tu nowość - z płatkami jaglanymi. są nieco trocinowe, ale dodają słodyczy. polecam ze względów zdrowotnych. cieszę się jak głupia z lipca, bo: jagody, maliny, reszta truskawek, czereśnie, borówki. nie wiemy, co zrobić z tymi wszystkimi porzeczkami. do tego smuti zielony standard oraz wieczorny szejk menshelta: jabłko, kefir, banan, co tam jeszcze było? cytryna na pewno. (ps. ta książka jest TAK DOBRA jak maliny).


czas na gościa specjalnego! olej z korzenia z łopianu z ziołami. sztos, mówię wam. w ciągu tygodnia smarowania się nim tylko na noc moja buzia zrobiła się bardzo ładna i spokojna. oczywiście nadal coś tam się dzieje, toksyny wychodzą, stres robi swoje, wiadomo. ale: 4real. gdzie to kupić? NIE WIEM. poszukam. albo dostanę paczusię z krk. w każdym razie można go używać do twarzy, ciała, włosów. nie ma żadnego specyficznego zapachu, po prostu olej. producentem jest firma nami, kraj pochodzenia: rosja. ów ekstrakt olejowy z korzenia łopianu ma w dodatku zioła: uczepu trójlistkowego, pokrzywy, omanu, podbiału i skrzypu polnego. przypomina mi się mój dziadek zbierający chwasty. olej odżywia i wzmacnia cebulki, działa korzystnie przy wszelkich suchościach, regeneruje (również rzęsy). zapobiega starzeniu się skóry. wzmacnia wszystko. znalazłam go teraz w necie - jeśli nie będzie w zielarni, zamawiam hurtowo!

czwarte oczyszczanie - jak na razie najgorsze. czuję się jak wywłoka... ile syfu można mieć w sobie. tym bardziej myślę o tym, że zewnętrzne dbanie o siebie jest bez sensu. myśleć o wszystkim, co się w siebie wrzuca. dziś na kolację deser rabarbarowo-gruszkowy (zdziwił mnie ten rabarbar w sklepie, jeszcze musimy zamrozić truskawkowe specjały!). byliśmy też na spacerze w lesie - znalazłam i zeżarłam poziomki. wszystkie te józefowskie zapachy (pierwszy dzień lata) przypominają mi wakacje za dzieciaka, kiedy to się wyklejało zielniki i uczyło nazw drzew.

czas do wanny. wyglądam dobrze. od jutra - więcej zdjęć, codziennego pisania. mam parę dedlajnów, które powinny mnie zmobilizować. cieszę się!

olaboga! cisza spokój, wtem - post, i to z brzydkim zdjęciem. a owszem, nie mam siły udawać, że to jakieś fancy opakowanie i zaraz wysmażę tu fancy focię. nie. wydałam całkiem konkretne pieniądze na coś, co może i wygląda fatalnie, ale a) nie śmierdzi jak niektóre spiruliny, b) ma być lekiem na całe zło. na początku tylko słowo wyjaśnienia: piszę rzadko, ale oprócz wielkiej żywieniowej wtopy (WESELE), trzymam się całkiem nieźle: jeśli nie szejki, to awokado i migdały i kefiry, a teraz jeszcze tydzień oczyszczania wątroby (idzie mi całkiem nieźle, moje nowe ulubione połączenie to owsianka z nektarynkami oraz jaglana z burakiem, kiszonym ogórkiem i paprykowym pesto. mniam!), więc mam wrażenie, że wychodzi na plus.



trochę ćwiczę. ba! zaczynam już dotykać całymi stopami przy psie z głową w dół (joga wygrała z crossfitem na całej linii), widzę też, gdzie popełniam błędy. chciałabym chodzić na astangę 5 razy w tygodniu. w zasadzie, jak się uprę... z czego mogłabym zrezygnować?

ze snu? o, wstawać o piątej rano! jutro pierwszy dzień lata, dobrze by było wykorzystać przychylną porę roku. pracować, śmiać się, mieć czas i energię.

tymczasem: dosłownie parę nowości. zauroczenia i chęci, ważne słowa, kolejne decyzje (what to do). otóż co my tu mamy, to młody jęczmień! czysty sproszkowany sok z liści młodego jęczmienia. ponoć to prawdziwe cudo, pełna gama witamin, składników mineralnych, pierwiastków śladowych oraz aminokwasów. dużo magnezu, żelaza (może też dlatego nie mam anemii? ale anty-tpo wciąż niepokojąco wysokie...), potasu i wapnia. ma za zadanie przywracać równowagę kwasowo-zasadową, zapobiegać chorobom (polecany jest chorym na cukrzycę, zaburzenia pracy tarczycy HELL YEAH, anemię, miażdżycę, nadciśnienie oraz osteoporozę... ma sporo witaminy B w najróżniejszych jej wersjach, kwasu foliowego, choliny, witamin C i E. całkiem super. taki proszek miesza się z wodą, uzyskując soczek, i tu cytat: którego zawartość składników mineralnych i substancji odżywczych odpowiada składem 2 kg ekologicznie uprawianych owoców i warzyw!!! (te trzy wykrzykniki też tak były).

sami widzicie. nie rusza was to? ja się złapałam i mam nadzieję, że serio działa. przy okazji kupiłam też spirulinę w tabletkach (mam ją w redakcji, łykam po obiadku - przypomnijmy, dobre białko z glonów, oczyszcza krew, pomaga w transporcie tlenu, wspiera pracę serca, nerek i wątroby... podobno hamuje apetyt i dodaje energii, ale ja tego nie zauważyłam) oraz bardzo ciekawą książkę o holistycznym uzdrawianiu zaburzeń tarczycy. byłam też na wykładzie fundacji wiem co jem na temat zespołu jelita drażliwego - trochę zbyt długi i medyczny, ale posłuchać małgorzaty desmond zawsze fajnie. wnioski zarówno z książki, jak i z wykładu : gluten ble!

tak więc mam zamiar wydać sporo siana na badania nietolerancji pokarmowych. mam nową matę i gacie na jogę. super chodzić na zajęcia w towarzystwie martyni (go girl!). byleby się nie rozleniwić. dla przypomnienia, że człowiek potrafi wiele, video, o którym często myślę. wrzucałam już je tu zapewne, ale na pewno nie zaszkodzi zobaczyć jeszcze raz...


to nie jest tak, że mi się odechciało. nagle zdecydowanie za dużo - aż się kręci w głowie. nie pozostaje nic innego jak przeleżeć niedzielę w łóżku, oglądając filmy. dajcie mi chwilę.

w międzyczasie próbuję się nie zestarzeć. całkiem się to udaje dzięki specyfikom takim jak młody jęczmień (o tym napiszę na pewno), spirulina, słońce, pilates. niezmiennie też korzystam z dobroci biochemii urody. próbowałam używać tego zamiast kremu, ale nie polecam. może na noc, kiedy nie ma potrzeby nakładać mejkapu. oto serum z witaminą c. siwe włosy może i mam, ale zmarszczek - nie za bardzo!


oczywiście, oprócz odmładzanka mamy w pakiecie rozjaśnianie cery i ochronę. dla tych, którzy się orientują, fun fact: witamina c jest lewoskrętna (15%). w dodatku bioflawonoidy. ja mam wersją oryginalną, dla skóry wrażliwej, wersja lekka jest w sam raz dla tłustej. żel hialuronowy pomaga goić rany (nie te na serduszku). bazą jest hydrolat eko z czarnej porzeczki. mamy też witaminkę e. 

ponieważ nie używam ze specjalnym rozmysłem filtrów przeciwsłonecznych, tak więc to dobry sposób na fotostarzenie. chciałabym leżeć w słońcu całe dnie. albo chociaż codziennie chodzić na długie spacery. 

chodźmy.

nie mam adekwatnych zdjęć, bo ten deser znika w minutę. nie przesadzam. pachnie pysznie, jest super prosty i smakuje tak, że ma się ochotę jechać na rowerze do sklepu 24h, który będzie miał w ofercie gruszki, rabarbar i gorzką czekoladę. tylko tyle wystarczy!



zdjęcia prawie nie na temat, ale jednak! czarna, mocna kawa z kardamonem (ścieżka dźwiękowa z assassin's creed, nawoływania muezinów), przyprawy, z których po lotniskowym rajdzie pozostały mi mieszanki do szakszuki i perskiego ryżu. 

a deser? maia wie najlepiej. dusić na patelni gruszki, dodać szczyptę cynamonu, kawałki rabarbaru, jeszcze chwila na patelni... jak zaczną się rozpadać - zmiksować na mus. polać roztopioną w rondelku czekoladą. nie poparzyć sobie gęby. tak się cieszę z tego maja!

szalom, wróciłam! oczywiście już pierwszy dzień na starych śmieciach dał mi w kość, ale co się nawdychałam świętych olejów, nadotykałam grobów i kamieni, najadłam falafelów, hummusów i baklawy. nie było jakoś bardzo zdrowo, ale wychodziłam się za wsze czasy. filtr 50 sprawił, że jestem ładnie (?) opalona. to była bardzo dobra podróż, teraz szykuję się na kolejną i staram się, by nie uciekło mi tu i teraz. chcę być jedną z tych podróżujących osób, które pakują się do jednej torby, mają czerwone od słońca nosy i wiedzą, że na lotnisku ben gurion zabiorą ci przyprawy z bagażu podręcznego (demit, przepadł mi zatar i mieszanka do sahlabu).


ale po kolei. nie będę opowiadać o izraelu, co widziałam i kogo spotkałam. grunt, że mam ochotę (potrzebę!) na więcej. 

wracam i: sprzątam, biorę kąpiel w soli z morza martwego (przywiozłam sobie kawałek znad morza, a i w błocie się umoczyłam, ale szczypało), jem chałwę i cieszę się z siebie. plany są takie, że codziennie uprawiam sport (dzisiaj basen), za tydzień jadę na oczyszczanie (dzień dobry soku jabłkowy), jem dużo kasz i pamiętam o ćwiczeniach zaleconych przez terapeutkę. nie umówię się na spotkanie, dopóki nie popracuję nad sobą. 

z ciekawostek: zaczęłam używać mydła z ben gurion, ale taka pasta brzmi super. kupiłam dziś olej arachidowy, żeby spróbować! wspaniała pasta oczyszczająca aliny to miks mąki (mam ryżową) i oleju. dodam również cynamon. odżywam!

(jedyne, czego się obawiam, to to, że mam uczulenie na arachidy. heh)

zdziwieni, prawda? rzadko piszę, a tu bam, znowu coś. otóż ponieważ nie będzie mnie przy komputerze przez najbliższe x dni (szalom przygodo!!!) i trzeba zaserwować coś porządnego na czas nieobecności.


mam nadzieję, że da się odczytać zaznaczony fragment. kejs tzn. cayce wymiata. jeden z uzdrowicieli wszystkiego. swoje przykazania zdrowej diety przekazywał dzięki tzw. ridingom (readingom) - wpadał w coś rodzaju transu i jego asystentka/żona spisywała, co mówi. w wykazie kejsowskich zakazów dietetycznych znalazły się m.in. surowe jabłka i banany, ziemniaki (ale obierki są okej), smażone dania, alkohol, cukier, łączenia pokarmów skrobiowych ze słodyczami (ciasta)... dodawanie mleka lub śmietanki do kawy, żywność konserwowana, używanie do gotowania naczyń aluminiowych, spożywania posiłków w stanie silnego podniecenia lub zdenerwowania. ha! dalej trochę ma racji, a trochę creepy. 

produkty zasadotwórcze powinny stanowić 80% diety. to wszystkie owoce oprócz żurawiny i śliwek, wszystkie warzywa oprócz soczewicy i kukurydzy, mleko, migdały, kawa, herbata, miód, żółty cukier (wtf?), drożdże...

byłoby z naszej strony dużym błędem, gdybyśmy nie podali tu jednego ze słynnych przepisów na potrawę, o której wspominają wszystkie kajsowskie poradniki dietetyczne. nosi ona nazwę bardzo egzotyczną: potrawa mumii. z tą potrawą wiąże się również bardzo ciekawa historia. otóż przepis na nią przyśnił się edgarowi kejsowi 2 grudnia 1937 r. jego sen dotyczył odkrycia w egipcie pewnych napisów, które wytłumaczyła przywrócona do życia mumia. to ona podała poniższy przepis (...). pół szklanki posiekanych daktyli, pół - suszonych fig, 1 lub półtora szklanki wody, 1 kopiasta łyżeczka mąki kukurydzianej. gotować na małym ogniu przez 10 minut lub dłużej, mieszając. podawać z mlekiem lub śmietanką.

z ciekawostek w anemii polecany jest również "sok" z wołowiny. eeee, nie spróbuję.


a tak na serio, co z tej książki wyciągnę? spróbuję zrobić ową potrawkę. będę jeść więcej migdałów. postaram się poczytać o prawidłowym łączeniu produktów. proponowane są również autosugestie. tu znalazłam też dietę jabłkową, którą mam zamiar zastosować. 

zostawiam was z dwoma bonusami: ukochaną normą kamali i krótkim dialogiem prosto z ridingu o tarczycy:

pytanie: ser?
odpowiedź: ser - tabu.

to będzie szybkie rozprawienie się z rzeczywistością. nagle i niespodziewanie rozpoczął się kolejny miesiąc. jeden z piękniejszych. równocześnie (to się nie zdarza) kwitną bzy i konwalie, trochę się obawiam, że nawet ich nie poczuję. pierwszy raz w życiu taka alergia. bleh. ale! pa pa, kwietniu!


plany były takie, żeby był to miesiąc czystości. nie za bardzo mi się udało. pod pozorem zupy cebulowej trochę białego wina poszło. w berlinie raczej się oszczędzałam. jest okej, ale hm... i nabiał, i parę śmieci się zjadło. samo się zjadło? tydzień weganizmu niestety przemilczę, ALE jest zdecydowanie lepiej. chociaż rybki wciąż jem i wciąż czuję, że potrzebuję. do tego 3-dniowa dieta jabłkowa nie zaistniała, przesunęłam ją na maj - po powrocie z izraela. 

w kwietniu królował zielony sok rano, trochę kiszonek, standardowy lancz to pomidor z mozzarellą. w pracy podjadam orzechy. wcale nie byłam na rowerze (chlip), nie za bardzo w lesie (ale ten spacer nad wisłę wynagradza wszystko), bieganie i medytacje - PFEH. z drugiej strony chodzę na basen, jogę, pilates, crossfit... (tak tak, piszę chodzę, chociaż powinno być zaczęłam i nie wiem, co dalej).

nie piszę o postanowieniach na maj, żeby nie zapeszać, jak tym razem. jakaś pokuta?

trochę się narobiło! przeszłam od domu do wisły (16 kilometrów), a w międzyczasie kupiłam bilety do berlina (powinnam się właśnie pakować) i jeszcze jedne... daleko. tak więc torba ciągle pusta, pranie się robi, ale dobry film się sam nie obejrzy! w święta raczej się pilnowałam, myślę, że będzie dobrze. tym bardziej, skoro dziś poszłam i na pilates, i na jogę... zajęcia dla początkujących, a był niezły wycisk! tego mi brakowało.


zjadłam swój barszcz, swój pasztet, swoje ciasto. całkiem spoko. nie mogę powiedzieć, że niezdrowo. powiem wam tyle: dobrze czasem odziadzieć. zrobić coś ot tak. jechać. no to pa!

uf, to pierwsze tak pracowite święta. zazwyczaj spędzałam je u dwóch babć, teraz trochę obowiązków przejmuję ja. pierwszy barszcz (nie jestem przekonana), święconka przygotowana razem z siostrą, wykopany z ogródka chrzan, a zamiast mazurków, za którymi nie przepadamy - ciasta. pochwalę wam się, co zrobiłam!



nie robię nic na siłę, przynajmniej się staram, bo świąteczna paranoja jest blisko. potrzebowałam coś do chleba (glutenowe szaleństwo, nie czytajcie tych gazet!), tak więc zrobiłam super szybką pastę z fasoli i maku. nie miksowałam po raz drugi, żeby było widać maczkowe kropki. jest nieco gorzka - dodałam chyba za dużo oliwy. ale na błędach się człowiek uczy - na drugie śniadanie jak znalazł. zrobiłam również pasztet z soczewicy, ale nie ten, co zwykle, tylko pierwszy przepis z książki ani włodarczyk. wstyd się przyznać, ale nie raz (!) popłakałam się czytając zapach truskawek. to nie jest książka kulinarna. zrobiłam z autorką też mikrowywiad. o barszczu już mówiłam, ale nie jestem przekonana do smaku, zobaczymy jutro...


nie chciałam też przesadzić ze słodyczami, bo wiem, że będzie ich zatrzęsienie. także zrobiłam coś, co może stać i jest coraz smaczniejsze, a do tego jest bardzo łatwe - ekspresowe wegańskie ciasto czekoladowo-bananowe. w te święta będę jadła mnóstwo niekoniecznie zdrowych rzeczy (majonez i słodycze amamam), więc sama wolałam zrobić coś na lajcie. wieczorem jeszcze zrobię ten niby-mazurek, dużo tu bakalii i innych zdrowoci, nawet, jeśli nie wyjdzie, będzie ok.


poza tym dwa tekściki w zwykłym życiu (niezmiennie polecam), nowa sukienka i plany. cieszę się ze słońca. siostra przywiozła mi z rzymu grzybowe pesto truflowe. chyba zeżremy po prostu na grzankach! mam nadzieję, że dobrze spędzacie święta - jakkolwiek by nie było, spacer ze święconką to miła tradycja.

huhu! może i mam pustą lodówkę, ale za to sporo mądrości poprzyklejanych na karteczkach. lubię zbierać przepisy, których później nie wykorzystuję i dobre rady skądkolwiek. tego nigdy za wiele! pamiętam, jak się cieszyłam z kupionego w podstawówce kalendarza nastolatki. wszystkie rady przeczytałam już pierwszego dnia. tymczasem zachowały się (gdzieś w kuchni babci wynalazłam) kartki wyrwane z kalendarza ściennego (moment zrywania kolejnego dnia działa bardzo relaksująco!). jest 10 marca 2014, ale i 27 stycznia 2008 (księżyca przybywa) oraz 20 kwietnia 2009 (lekarz o 16:00). 


z działu zdrowie dowiemy się, że łamliwość włosów i paznokci często wywoływana jest zbyt niskim poziomem witaminy A (najlepsze źródła: tran, wątróbka, olej z wątroby dorsza, ale co mnie bardziej interesuje: marchew, natka pietruszki, szpinak, dynia, morele, mango...), przy wyczerpaniu pracą umysłową wieczorem dobrze jest wypić szklankę mocnego kakao, przy silnym bóli zębów ulgę przyniesie żucie goździków.

karteczka rady cioci zosi: aby pozbyć się kamienia, który osadził się wokół baterii, należy nasączyć octem  watę, ułożyć ją w zabrudzonych miejscach i pozostawić na kilka godzin. pleśń zbierającą się na silikonie uszczelniającym brzeg wanny usunie woda utleniona z dodatkiem octu...

a oto naturalne sposoby na ładny dekolt: mieszamy 3 łyżki soli z tłustą śmietaną. powstałą maseczkę nakładamy na dekolt, masujemy przez 2 minuty i spłukujemy zimną wodą. na cerę: mieszamy 2 łyżeczki sody oczyszczonej ze szklanką przegotowanej schłodzonej wody. takim roztworem nasączamy wacik i przemywamy cerę. soda oczyszczona ma bardzo silne działanie wysuszające, dlatego ważne jest zachowanie umiaru w stosowaniu!

a skoro jesteśmy w temacie domowych maseczek: 2 łyżki kurkumy rozrobić w odrobinie miodu z dodatkiem maślanki. trzymamy do 40 minut - uwaga, barwi!

Powered by Blogger.