Showing posts with label napitek. Show all posts

w poniedziałek był taki moment: najpierw szybki bieg przez jesienny park, później oddech na jodze, gdzie udało mi się docisnąć pozycję po raz pierwszy, w tym samym momencie zaczął padać deszcz i pomyślałam, że jestem szczęśliwa. (później, mimo pełni i nocnych spacerów, to się rozmyło). ale trzeba o tym pamiętać.



trzy dni z rzędu jem kaszę jaglaną na obiad. wielki gar+cebula+oliwki+ogórki ze słoika+przyprawy+olej lniany. szkoda, że się skończyło.

no no, doczekałam się ponaglenia! oto piszę. żyję, chociaż w niedzielę prawie nie zemdlałam od oczyszczania, a dzisiaj walnęłam głową o podłogę (bo nie potrafię stać na rękach). wbrew pozorom, wiele się dzieje (w ogóle w tym roku jakoś ciągle, coś, się, dzieje, prawda?), a ja nie mam ani zdjęć, ani czasu, żeby to jakoś ładnie spisać. dzisiaj daję sobie parę minut: do roboty!

otóż. kolejny raz to już NA PEWNO ostatni. mam dosyć tego całego oczyszczania. w ogóle to uważam, że nie ma we mnie już kamieni. ledwo żwirek. przeżyję.

zawsze po weekendzie u kuzynów wracam z dodatkową energią (oraz koszykiem pełnym łakoci - kto dzień po detoksie rzuca mnie na naleśniki i ciasto, ej, nie fair). mam chęć (!) robić dobrze, dbać i nie poddawać się. oddycham głęboko (jak tylko moje nozdrza na to pozwalają) i cieszę się z zwykłych rzeczy. dzisiaj rano obudziłam się przed budzikiem, wyszłam na ogródek poskakać na skakance, rozpoczęłam squat challenge. zjadłam jaglankę, zrobiłam szejkuś dla dwojga (w ogóle to przestrzegam przed dodawaniem do smutis zbyt dużej ilości młodego jęczmienia - bardzo wpływa na smak, napój robi się kwaskowaty i jakby musujący, co nie pasuje do zieleniny). po pracy - dżoga. i powiem wam, było hardo, bo raz, że dawno nie ćwiczyłam, dwa, że poszłam na vinyasę do kobiety, której nie znałam. niektórych rzeczy nigdy nie próbowałam. co to za pozycje! jeju, byłam najgorszą ciapą na całej dzielni! ale to nic, przynajmniej widziałam, że mimo przerwy, postępy są.

zaczęłam też kurację antypasożytową. przez 8 dni, wieczorem, trzeba pić kubek naparu (1/2 łyżeczki piołunu, 1 łyżeczka mięty, 1/2 łyżeczki kurkumy, a ja jestem prymuską i dodałam jeszcze łychę orzecha włoskiego). wypiłam dziś i było OBRZYDLIWE. ale wiadomo, że syropkiem to tego nie załatwię. dla zainteresowanych tematem: polecany jest orzech czarny, ale w mojej zielarni tego nie mieli. na rano polecany jest citrosept. uważam, że to opcja dla słabiaków i zażyję oregasept (tak naprawdę mam to w szafce, również niesmaczne, ale przynajmniej oczekuję lepszych efektów). i za dwa tygodnie taką przyjemność powtórzę. mam nadzieję, że dam radę!

a tu, proszę bardzo, lista pokarmów przeciwpasożytniczym: burak, kapusta, marchew, czosnek, por, cebula, rzodkiew, szczaw <3, szczypior, papryka, pietruszka, seler (surowy, ble). z innych takich: koper, goździki, pieprz kajeński, szałwia ogrodowa, imbir, chrzan, tymianek, kminek, curry, cynamon, kurkuma, gorczyca. 

obiecuję sobie: codziennie kefir (dla brzusia), jabłko Z PESTKAMI (dla bezpiecznego jodu), nigdy nie brać już suplementów z witaminami, płukać usta olejem (akurat mi się lniany skończył, demmm), szczotkować się na sucho (jeśli się wyśpię...), a po skończonej kuracji naparowej spróbować nalewki czosnkowej. voila!

do przemyślenia: na tarczycę może wpływać duża ilość chloru i/lub fluoru w wodzie. może trzeba będzie pomyśleć o filtrach na prysznic. co myślicie o tym jedzeniu w ciągu 8 godzin? wymagałoby to ode mnie żarcia w godzinach 8-16, czyli żadnych romantisze kolacji. chyba się nie skuszę.

ale mi się napisało! i zapomniałam wam powiedzieć, co z bronisławem: spróbowaliśmy, nie było złe, taka dziwna, zbyt intensywna kola, ale świadomość, że ten grzyb siedzi mi w kuchni źle na mnie oddziaływała. rozstaliśmy się w zgodzie.

myślicie sobie: cisza, nudy, a ja tymczasem wkraczam na nowy level wariactwa. na razie chcę wszystko odespać i uporządkować, postępy w jodze są widoczne, domowy kompot z własnych porzeczek poprawia humor. dostałam też paczkę z nowymi kosmetykami, szykujcie się na serię zdjęć prosto z łazienki mitka. a tymczasem brak fot, bo może to was nieco odrzucić... (tak naprawdę jest pochmurnie, a model do wdzięcznych nie należy). oto bronisław. mój osobisty grzyb kombucha.

gdyby nie to, że mam go trochę z internetu, a trochę z otwocka, pewnie bym się nie odważyła. ale: okazja! co to jest? wygląda jak ufo-naleśnik. znajduje się w fermetacyjnym płynie, z którego się robi herbatę. żyje i trochę się go boję. jeszcze nie próbowałam.

pozwolę sobie zacytować: kombucha często zwana po polsku kombuczą to zdrowotny napój otrzymywany ze sfermentowanej herbaty. otrzymuje się go w wyniku umieszczenia grzyba herbacianego – tzw. matki w posłodzonej herbacie (najczęściej czarnej lub zielonej). jest to symbiotyczny układ bakterii i drożdży, które mają formę żelowej, elastycznej struktury, która przybiera kształt naczynia, w którym przebiega proces fermentacji. smak napoju jest lekko musujący i przypomina sok jabłkowy.

pije się go od tysięcy lat, więc chyba mogę mu zaufać? kombucha zawiera dużo witamin z grupy b, jest naturalnym detoksykantem i wspomaga układ trawienia dzięki tym wszystkim małym żyjątkom, które osiedlą się w nas (creepy). ponoć ma też właściwości antyrakowe, uaktywnia samoleczenie i tak dalej... a to jeszcze zabawne i w sam raz na teraz: kombucha ma być adaptogenem, czyli lekiem na traumatyczne przeżycia. z resztą, poczytajcie sobie sami.

zrobiłam herbatę w słoiku, posłodziłam, włożyłam grzyba bronisława (dziwny w dotyku...) i zostawiłam w szafce. zobaczę co u niego za tydzień. dopiero wtedy przesączę napój, wstawię do lodówy i tuż przed wyjazdem spróbuję. stay tuned!


a to jest film, na który pójdę sama do kina, a wychodząc zajdę do sklepu po buty do chodzenia po górach. na razie w planach: spływ kajakowy, spanie i ognisko na działce, rower do otwocka. ostatnio niewiele wychodzi, ale to trzeba. póki co jem okej (soczewicowy pasztet, żeby uszczknąć zapasów, fasolka szparagowa, nadziewane bataty, risotto kurkowe...) plus: umówiłam się na badanie volla.

miało być o pięknie i kosmetykach, które robią dobrze, ale nie ma siły, więc zadowalam się rozpuszczonym masłem kakaowym bio. mimo, że na opakowaniu jest napisane, żeby przechowywać w chłodnym, suchym miejscu, ja swoje trzymam na grzejniku. rano łatwiej wygrzebać się spod pierzyny, jeśli mogę chlusnąć na siebie ciepłym, apetycznie pachnącym mazidłem. używam tak hojnie, że już zaraz będę musiała zamówić nową dostawę... (aha, będzie też post o olejach!)


tymczasem mój must nr. 2. kiedyś piłam rano, teraz przelewam do szklanej butelki i w redakcji wypijam na drugie (albo i pierwsze) śniadanie. zielony smuti! <tańczy>

nie, nie będzie żadnych obleśnych i niebezpiecznych mieszanek. na mój prawie-codzienny zielony sok składają się zazwyczaj te same składniki: szpinak+banan+gruszka/kiwi/cokolwiek sezonowego (tak bardzo tęsknię za borówkami)+mleko roślinne/woda (od święta: kokosowa)+dodatki. przymierzam się do zamiany szpinaku na inną zieleninę, ale tak smakuje mi najbardziej. bo naprawdę smakuje! przez owoce jest słodki, sok z cytryny też robi swoje. a dodatki? to, co akurat mam w kuchni: czarny sezam, mielony len, spirulina, kakao, przyprawy...

nie jestem calgary avansino, żeby codziennie wydawać 18,50 funtów na smuti (podliczyli te nasionka chia, sproszkowaną macę i inne baobaby), ale takie początki są po prostu dobre. a jeśli ktoś chce poeksperymentować, to polecam green mo revolution! (tak tak, kiedyś taka będę).

ps. uwielbiam calgary, chociaż jest trochę przerażająca.

pogoda bardziej przypomina zaawansowaną jesień, minęły kolejne miesiące - zima. mimo rękawiczek marzną mi dłonie, a przecież to był krótki spacer i 5 stopni na plusie. będzie gorzej i wtedy poratuje mnie mitkówka.



w ogródku rośnie pigwowiec. zazwyczaj po prostu gnił, czekał pod śniegiem. przegapiłam aronię i postanowiłam wykorzystać ten śmieszny owoc. zrobić coś po raz pierwszy. pigwowiec różni się od pigwy tym, że jest twardszy, ma mniej miąższu - ale za to jest o wiele bardziej aromatyczny. zebrałam, co jeszcze wyglądało na zjadliwe i z niemałym trudem oczyściłam. szkoda było zostawiać - owoce pigwowca mają w sobie sporo witaminy c (niby polska cytryna), b, a i pp oraz mnóstwo łakoci (pektyna, tanina, antyoksydantny, minerały), które wzmacniają odporność organizmu. bez wyrzutów sumienia można sięgać po pigwówkę...


na mniej niż dwa litry pigwówki nazbierałam siatę owoców (nie wiem, ile dokładnie, ale ledwo udało mi się wszystko oczyścić! podobno nasiona są trujące - uważajcie...) zazwyczaj proporcje są takie: 1 kg owoców + 1 litr wódki + 1/2 kg cukru. umyte i pokrojone owocki przesypałam do dwóch słojów, zasypałam cukrem i zostawiłam w ciemnej, ciepłej szafce na dwa tygodnie. jak sobie przypomniałam o tym eksperymencie, potrząsałam słoikami, żeby owoce puściły sok. na początku grudnia zalałam powstały syrop i pigwy wódką - na świąteczny prezent mitkówka była w sam raz! styczeń to mój miesiąc bez alkoholu (jak na razie udaje mi się całkiem nieźle, a raczej - ograniczam bywanie na mieście...), ale jak tylko nadejdzie mroźny luty, na pewno nie odmówię sobie kieliszka na wzmocnienie. a może ktoś chce wpaść na jasną i samemu spróbować? jeszcze trochę zostało!

Powered by Blogger.