Showing posts with label początki są w porządku. Show all posts

dzisiaj będzie dużo przekleństw, bo jestem na kacu i jestem wściekła. serio. już dosyć. wracam do turbo-zdrowia. teraz już bez żadnych ALE. zero nabiału, zero kurwa glutenu, zero alkoholu. NO WŁAŚNIE. zaczęłam zadawać się z ludźmi, którzy za dużo piją i jedzą mrożone pizze. koniec tego dobrego. trzeba się sobą zaopiekować, bo zaczynają mnie uczulać rzeczy nieuczuleniowe. plus CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE.

tak więc jakie plany? piciu: czystek. tzn. czysto, bo bezalkoholowo, i czystek, roślinka. codziennie będę pić z niej herbatę, która ma ponoć działanie antyhistaminowe (głupia wysypka), antyoksydacyjne i wzmacnia odporność. POTRZEBUJĘ TEGO NATYCHMIAST. ma też ładnie oczyścić z metali ciężkich, a ostatnio nie odmawiałam papieroskom. 



w tym roku pigwówki nie będzie, przegapiłam. może to i dobrze. okej. byleby konsekwentnie i wytrwale. no i dżoga. i wysypianie się, bo z tym ostatnio też słabo. za dużo pracy, za dużo garbienia się przed komputerem. obiecuję sobie i światu: znowu codzienne pisanie, obserwacja jedzeniowa, olejowanie, pisanie w dzienniku, spacery. 

będzie dobrze.

jak zwykle: jedzenie i pijaństwo wygrywa z kuracją ziołową i sportem. cóż, czego wymagać. tak naprawdę jest dobrze: pierwsze oznaki jesieni, chodzę w sukienkach i jesionce, dni spędzam na dobrych rzeczach. mam też dla was parę nowości, a co! dziewczyny, bo podejrzewam, że jesteśmy w takim gronie, to całkiem ciekawe i polecam.


od lewej, ok? jeszcze w gorrrące wakacje skorzystałam z rabatu na greensin.pl (tak, mówimy o eko sklepie erotycznym) i zamówiłam sobie między innymi świecę do masażu. spytacie, wtf, po co. bo to PRZYJEMNE. akurat ta jest wręcz rajska, pachnie goździkami, pomarańczami, lawendą, czymś bardzo otulającym i egzotycznym. niezbyt intensywna, wosk jest sojowy i pszczeli, są oleje (kokosowy, z awokado, z jojoby...), bardzo miło się rozsmarowuje i wnika w ciało, no, cudeńko. jak to działa? żeby się nie sparzyć: najpierw zapalamy świecę, po 15-20 minutach można zgasić, odczekać chwilę i można masować. prze-przy-je-mnie. aha, świeca jest bardzo wydajna!

mmmmm mooncup. mniej przyjemnie. (słowo-klucz). jest to, moje drogie, kubeczek menstruacyjny. jep. pomyślałam sobie, że to strasznie wkurzające, używać tych wszystkich tamponów i podpasek, które później zalegają w morzach i wiadomo. poczytałam, zrobiłam sobie risercz i zdecydowałam się. oprócz tego, że bardziej ekologiczny (powinien służyć parę lat), to i zdrowszy - bez toksyn i wybielaczy, z silikonu, jest okej. powiem wam, dziewczyny, że trzeba się do tego przyzwyczaić, ale wprawa przychodzi szybko. wady: kiedy kubeczek trzeba opróżnić/wypłukać (co 4-8 godzin), potrzebna do tego bieżąca woda. początki są trudne - wyjmowanie mooncup bywa, uh, męczące. jednak spoko, nic nie czuć, nie przeszkadza, na razie mnie nie zawiódł. piszę o tym, bo uważam, że trzeba szerzyć wiedzę o takich pomysłach. co myślicie?

na koniec coś lajtowego, czyli sok z żyworódki pierzastej. przemywam nią twarz jak tonikiem, ma działać przeciwbakteryjnie, na razie nie widzę wielkiej poprawy, do tego pachnie jak maggi, chyba jednak wolę żywokost. alinarose zachwala na amen, więc jeszcze dam temu szansę. 

a jutro wreszcie się wyśpię...

myślicie sobie: cisza, nudy, a ja tymczasem wkraczam na nowy level wariactwa. na razie chcę wszystko odespać i uporządkować, postępy w jodze są widoczne, domowy kompot z własnych porzeczek poprawia humor. dostałam też paczkę z nowymi kosmetykami, szykujcie się na serię zdjęć prosto z łazienki mitka. a tymczasem brak fot, bo może to was nieco odrzucić... (tak naprawdę jest pochmurnie, a model do wdzięcznych nie należy). oto bronisław. mój osobisty grzyb kombucha.

gdyby nie to, że mam go trochę z internetu, a trochę z otwocka, pewnie bym się nie odważyła. ale: okazja! co to jest? wygląda jak ufo-naleśnik. znajduje się w fermetacyjnym płynie, z którego się robi herbatę. żyje i trochę się go boję. jeszcze nie próbowałam.

pozwolę sobie zacytować: kombucha często zwana po polsku kombuczą to zdrowotny napój otrzymywany ze sfermentowanej herbaty. otrzymuje się go w wyniku umieszczenia grzyba herbacianego – tzw. matki w posłodzonej herbacie (najczęściej czarnej lub zielonej). jest to symbiotyczny układ bakterii i drożdży, które mają formę żelowej, elastycznej struktury, która przybiera kształt naczynia, w którym przebiega proces fermentacji. smak napoju jest lekko musujący i przypomina sok jabłkowy.

pije się go od tysięcy lat, więc chyba mogę mu zaufać? kombucha zawiera dużo witamin z grupy b, jest naturalnym detoksykantem i wspomaga układ trawienia dzięki tym wszystkim małym żyjątkom, które osiedlą się w nas (creepy). ponoć ma też właściwości antyrakowe, uaktywnia samoleczenie i tak dalej... a to jeszcze zabawne i w sam raz na teraz: kombucha ma być adaptogenem, czyli lekiem na traumatyczne przeżycia. z resztą, poczytajcie sobie sami.

zrobiłam herbatę w słoiku, posłodziłam, włożyłam grzyba bronisława (dziwny w dotyku...) i zostawiłam w szafce. zobaczę co u niego za tydzień. dopiero wtedy przesączę napój, wstawię do lodówy i tuż przed wyjazdem spróbuję. stay tuned!


a to jest film, na który pójdę sama do kina, a wychodząc zajdę do sklepu po buty do chodzenia po górach. na razie w planach: spływ kajakowy, spanie i ognisko na działce, rower do otwocka. ostatnio niewiele wychodzi, ale to trzeba. póki co jem okej (soczewicowy pasztet, żeby uszczknąć zapasów, fasolka szparagowa, nadziewane bataty, risotto kurkowe...) plus: umówiłam się na badanie volla.

boję się w życiu paru rzeczy. choroby, oszustów, swoich błędów. boję się również jutrzejszych zakwasów.

cały dzień nosiłam ze sobą buty i stare dresy. myślałam, że nie dotrę. koniec końców znalazłam miejsce (zmyliły mnie plakaty na 1 maja), zeszłam do piwnicy i poszłam na swój pierwszy crossfit.


trochę czytałam o tym i stwierdziłam: spróbuję. no, cieszę się, że nie zemdlałam. ring, obciążenie (zaledwie 8 kg), trener gorila. robiłam jakieś 20% tego, co pozostali (jakie żylety!), ale i tak jestem z siebie dumna. nic prostego. trening wytrzymałościowy połączony z siłowym. miałam mroczki przed oczami. uhhh jaki ze mnie słabiak!

to już trochę kwestia przesuwania swoich granic. nie wiem, na ile to jest zdrowe.

trochę się narobiło! przeszłam od domu do wisły (16 kilometrów), a w międzyczasie kupiłam bilety do berlina (powinnam się właśnie pakować) i jeszcze jedne... daleko. tak więc torba ciągle pusta, pranie się robi, ale dobry film się sam nie obejrzy! w święta raczej się pilnowałam, myślę, że będzie dobrze. tym bardziej, skoro dziś poszłam i na pilates, i na jogę... zajęcia dla początkujących, a był niezły wycisk! tego mi brakowało.


zjadłam swój barszcz, swój pasztet, swoje ciasto. całkiem spoko. nie mogę powiedzieć, że niezdrowo. powiem wam tyle: dobrze czasem odziadzieć. zrobić coś ot tak. jechać. no to pa!

dobry żart! jutro kwiecień. kolejny miesiąc, który minął niepokojąco szybko (trzeba coś zmienić). czas na rozliczenie się z planów... oczywiście, dosyć szybko zarzuciłam pomysł 30 dni bez kawy. po beznabiałowym lutym za bardzo rozszalałam się z kefirami i serem (twarożek z rzodkiewką, anyone?). miało być bez glutenu, ale... hm, tak pozytywnie: powiedzmy, że unikam. makaron, chleb albo ciacho na jakiś czas. może spróbuję robić sobie bezglutenowy tydzień i tak będzie łatwiej. po prostu nie udaje mi się planować posiłków. i nie umiem odmawiać, haha.


a co dobrego? byłam u terapeutki, na spacerach w lesie... ogarnęłam parę psychicznych burdeli. marzec zapamiętam jako czas wychodzenia, umytych okien i porządków. mam swoje narzędzia. kwiecień będzie wspaniały, prawda?

oczyszczanie + 3 dni diety jabłkowej + codziennie gimnastyka + więcej spacerów, słońca, owoców, warzyw + bez pieczywa + tydzień weganizmu + dużo małych radości

jak ktoś celnie zauważył, mój wyborny nastrój we wtorek był nieco podejrzany. wiadomka: skoro ryj mi się cieszy do obcych ludzi (no dobra, nawiązuję kontakt wzrokowy z przechodniami, bo niedowidzę i nigdy nie wiem, czy to ktoś znajomy czy nie), to następnego dnia trzeba będzie odchorować. ale! jest okej. dzisiaj, mimo wyrzutów sumienia, udało mi się wyrwać na współczesny od zera. mamy już niezłą chorełkę, no i kto by pomyślał, że potrafię tak wygiąć nogę? (przyda się, hehe). a wszystko w rytm:


trochę wygibasów i od razu lepiej się czuję. nie oszukujmy się, brakuje regularnej imprezy z tańcowaniem i trzymaniem się pod rękę.

nie jestem niczego pewna, ale trzeba zacząć, z dnia na dzień bliżej.



the november day moved slowly to twilight. she crept in under the eiderdown, stretched her long legs until they cracked and curled her toes around the hot water bottle. it was raining outside. in a couple of hours she would feel hungry enough to eat dinner and perhaps she would feel like talking. but at the moment she didn’t need to do anything except sink down in the warmth, the whole world was a single great big eiderdown which encircled her and everything else was outside. she never dreamed, she slept when she felt like it, and woke up when there was anything to make it worthwhile waking up.
tove jansson (moominvalley in november)




chociaż sześć godzin snu, nasiona czarnuszki jako test nr dwa.

Powered by Blogger.