Showing posts with label oczyszczanie. Show all posts

jest tak w porząsiu, że nie ma co się rozdrabniać na zdjęcia instagramowe, lajki i inne takie. powiem wam tak: zaskoczenie, bo myślałam, że wyniki będą raczej do przemilczenia, ale nie. z dodatkowymi kilogramami czuję się naprawdę dobrze i obstawiam, że to jest moja waga docelowa - na jak najdłużej. nie mam zamiaru schodzić niżej, o. tylko przydałoby się więcej mięśni.

waga do mojej wiadomości, ale mój wiek metaboliczny to... 12 lat (ktoś tu się zadaje z nieletnią!), procent tłuszczu.. 19,8%, czyli sponio. oczywiście świrowałam, że jestem skinny-fat i mam otłuszczone organy, ale nie, w skali 1 do 9 - jedyneczka, joł.

według dobrych rad, mogę żreć i przytyć. dzisiaj byliśmy na basenie, przez tę hecę z benefitem ciągle się zastanawiam, czy nie wyłasić się na karnet w astandze. albo po prostu pochodzę jeszcze intensywnie i spróbuję sama... a w ogóle to chciałabym nareszcie nauczyć się biegać - i mam ksionę chodakowskiej, to się przyda na czas biedy. a ów czas się zbliża, bo jak już kupię bilet do korei, to zacznie się zaciskanie pasa i przygotowania: chcę być w najlepszej formie!

i tak co rano...



a dieta? well, po oczyszczaniu staram się jak najlepiej, ale wszystko rozbija się o deser, który zrobiłyśmy u kuzynów. pychottttaaaaa! granolowe batony, mam zamiar zjeść całą blachę. oczywiście można się oszukiwać, że to zdrowe, ale słuchajcie: najpierw na blachę (przyda się papier do pieczenia) wylewamy masełko. na to - orzechy włoskie (fun fact: najpierw łupałyśmy je młotkami), wiórki kokosowe, żurawina, czekolada (deserowa i biała), wszystko posiekane. i najważniejsze, czyli mleko skondensowane... to wszystko do piekarnika na 20 minut, po ostygnięciu - do lodówy. jak już jest mega stałe, można pokroić na batonowe paski. jeść, jeść, jeść.

ps. mooncup sprawdza się na basenie.

poza redakcją uciekam sprzed komputera (chyba, że oglądamy filmy albo budzę się bardziej niż rano, żeby popisać coś swojego), więc nie ma ani zdjęć, ani ploteczek z mitkowej planety. są: oleje (nowy, z ostropestu, lniany oraz rycynowy), oczekiwanie na przesyłkę z biochemii urody (same old, czyli olejek pomarańczowy do mycia twarzy, tonik bha oraz hydrolat lipowy), marudzenie, bo trzeba wybrać pomiędzy życiem towarzyskim, sportem i literaturą, no i kiedy jeszcze mam myśleć o jedzeniu? na szczęście nie muszę, już drugi tydzień będę zabierać do redakcji obiadek zrobiony dla mnie. warzywa w każdej postaci. ja to mam szczęście.
ale wracając do tego, co się dzieje. jest dobrze, chyba koniec sierpnia/wrzesień to czas, kiedy najlepiej wyglądam w ciągu całego roku. trochę się ruszam (sit up challenge!vinyasa!), jestem nieźle opalona (plus kupiłam nowy pędzel eco-tool do bronzeru, joł) i wróciłam do ocm. ten rok naprawdę dobrze mi zrobił, szykuje się też bardzo przyjemna jesień. czas nakupić herbat i wyprać swetry.

ocm, czyli oil cleansing method. polega to na tym, że samodzielnie robi się mieszankę z wybranych olejów plus obowiązkowo olej rycynowy (zależy od stanu cery - dla suchej to ok. 10% całej mieszanki, dla tłustej nawet 20%). nakładamy ową mieszankę na twarz, nieco masujemy, a później bawełnianą szmatkę zmoczoną w gorącej wodzie przykładamy do twarzy. płuczemy i nazad! chodzi o to, żeby pod wpływem ciepła wszystki brud wyszedł z porów. na koniec zmywamy ową ścierką olej, można jeszcze przepłukać zimną wodą twarz. najlepiej nawet nie kłaść żadnych kremów. może brzmi to skomplikowanie, ale polecam. lubię nakładać sobie oleje na twarz podczas kąpieli - działa podobnie.

a jeszcze olej lniany stosuję do płukania buzi. olej - analogicznie jak mieszanka z rycynowym - wyciąga ze skóry bakterie, zarazki i inne takie (na zasadzie tłuste łączy się z tłustym, czy teraz palnęłam jakieś głupstwo?) i w ten sposób pozbywamy się chorób. to takie uproszczenie (bo zawsze należy upraszczać). ale coś w tym jest. tak więc pakuję sobie łyżkę oleju, NIE POŁYKAM, ale tak sobie dziamdziam w ustach, docelowo to jest do 20 minut ale no way, więc porobię sobie te przysiady, poszoruję ciało na sucho, wezmę prysznic i wklepię w siebie oliwkę i już muszę wypluwać, bo nie daję rady dłużej. co ważne, trzeba wypluwać do toalety i spłukiwać, ponoć tyle tam zarazków. nie wiem, ale faktycznie nie jest to przyjemne. później wystarczy umyć ząbki. 

czy powinnam coś więcej o tych olejach pisać? chyba nie, możecie sobie wyguglować ocm, dziewczyny piszą o tym dużo. ogólnie oleje 4life.

no no, doczekałam się ponaglenia! oto piszę. żyję, chociaż w niedzielę prawie nie zemdlałam od oczyszczania, a dzisiaj walnęłam głową o podłogę (bo nie potrafię stać na rękach). wbrew pozorom, wiele się dzieje (w ogóle w tym roku jakoś ciągle, coś, się, dzieje, prawda?), a ja nie mam ani zdjęć, ani czasu, żeby to jakoś ładnie spisać. dzisiaj daję sobie parę minut: do roboty!

otóż. kolejny raz to już NA PEWNO ostatni. mam dosyć tego całego oczyszczania. w ogóle to uważam, że nie ma we mnie już kamieni. ledwo żwirek. przeżyję.

zawsze po weekendzie u kuzynów wracam z dodatkową energią (oraz koszykiem pełnym łakoci - kto dzień po detoksie rzuca mnie na naleśniki i ciasto, ej, nie fair). mam chęć (!) robić dobrze, dbać i nie poddawać się. oddycham głęboko (jak tylko moje nozdrza na to pozwalają) i cieszę się z zwykłych rzeczy. dzisiaj rano obudziłam się przed budzikiem, wyszłam na ogródek poskakać na skakance, rozpoczęłam squat challenge. zjadłam jaglankę, zrobiłam szejkuś dla dwojga (w ogóle to przestrzegam przed dodawaniem do smutis zbyt dużej ilości młodego jęczmienia - bardzo wpływa na smak, napój robi się kwaskowaty i jakby musujący, co nie pasuje do zieleniny). po pracy - dżoga. i powiem wam, było hardo, bo raz, że dawno nie ćwiczyłam, dwa, że poszłam na vinyasę do kobiety, której nie znałam. niektórych rzeczy nigdy nie próbowałam. co to za pozycje! jeju, byłam najgorszą ciapą na całej dzielni! ale to nic, przynajmniej widziałam, że mimo przerwy, postępy są.

zaczęłam też kurację antypasożytową. przez 8 dni, wieczorem, trzeba pić kubek naparu (1/2 łyżeczki piołunu, 1 łyżeczka mięty, 1/2 łyżeczki kurkumy, a ja jestem prymuską i dodałam jeszcze łychę orzecha włoskiego). wypiłam dziś i było OBRZYDLIWE. ale wiadomo, że syropkiem to tego nie załatwię. dla zainteresowanych tematem: polecany jest orzech czarny, ale w mojej zielarni tego nie mieli. na rano polecany jest citrosept. uważam, że to opcja dla słabiaków i zażyję oregasept (tak naprawdę mam to w szafce, również niesmaczne, ale przynajmniej oczekuję lepszych efektów). i za dwa tygodnie taką przyjemność powtórzę. mam nadzieję, że dam radę!

a tu, proszę bardzo, lista pokarmów przeciwpasożytniczym: burak, kapusta, marchew, czosnek, por, cebula, rzodkiew, szczaw <3, szczypior, papryka, pietruszka, seler (surowy, ble). z innych takich: koper, goździki, pieprz kajeński, szałwia ogrodowa, imbir, chrzan, tymianek, kminek, curry, cynamon, kurkuma, gorczyca. 

obiecuję sobie: codziennie kefir (dla brzusia), jabłko Z PESTKAMI (dla bezpiecznego jodu), nigdy nie brać już suplementów z witaminami, płukać usta olejem (akurat mi się lniany skończył, demmm), szczotkować się na sucho (jeśli się wyśpię...), a po skończonej kuracji naparowej spróbować nalewki czosnkowej. voila!

do przemyślenia: na tarczycę może wpływać duża ilość chloru i/lub fluoru w wodzie. może trzeba będzie pomyśleć o filtrach na prysznic. co myślicie o tym jedzeniu w ciągu 8 godzin? wymagałoby to ode mnie żarcia w godzinach 8-16, czyli żadnych romantisze kolacji. chyba się nie skuszę.

ale mi się napisało! i zapomniałam wam powiedzieć, co z bronisławem: spróbowaliśmy, nie było złe, taka dziwna, zbyt intensywna kola, ale świadomość, że ten grzyb siedzi mi w kuchni źle na mnie oddziaływała. rozstaliśmy się w zgodzie.

halo, lalo! wróciłam! tak, tak, w sobotę już, ale i tak się wiele działo. przeszłam chyba z 50 kilometrów, zjadłam 30 kilogramów glutenu, przytyłam i opaliłam się na śmiesznie. wyglądam trochę jak nie ja, do tego dzisiaj byłam u fryzjera i nie zrozumieliśmy się za bardzo, nad czym ubolewam. ale włosy mają to do siebie, że odrastają.


trochę straciłam motywację i powoli wracam na dobre tory. przede wszystkim muszę się wyspać, bo jak na razie mi się nie udało. do tego w niedzielę zgubiliśmy się w lesie. wyszliśmy na krótki spacer, a wróciliśmy po 3,5 h, ale za to z grzybami! nie mieliśmy za wiele z nich pożytku, ale pachniały pięknie. poleżałam chwilę w lesie i jestem przekonana, że to lepsze dla mnie miejsce niż zatłoczone miasto. trzeba więcej oddychać i zadbać o swoje mięśnie. tak więc no more penne, wracamy do jogi i motywacyjnych lektur. za tydzień znów czeka mnie oczyszczanie, a do tego wspólne plany. gdzie ta wspinaczka?



podsumowując: las, spacery, skakanka, basen, joga, szorowanie ciała, zero słodyczy, glutenu, mleka i ograniczenie alkoholu. do tego wszystko na spokojnie: okazuje się, że z tego wszystkiego najbardziej pomaga mi po prostu żywokost. koszt - eee złotówka? plus woda utleniona. chcę mocno zaoszczędzić na przyszłą wielką wyprawę.


tymczasem w planach mieszanka ziołowa na pozbycie się dziabdziaków z siebie. bardzo polecane są takie zioła jak piołun, mięta, kurkuma. każde po pół łyżeczce zmieszać ze sobą, zaparzyć, pić codziennie wieczorem przed snem przez 8 dni. no i ciekawe. zrobię po powrocie z offa! trzymajcie za mnie kciuki.

moi drodzy, wiem. według niektórych już za bardzo popłynęłam, ale kompletnie mi to nie przeszkadza! traktuję to trochę z przymrużeniem oka, chociaż przecież jestem w 100% przekonana. dzisiaj byłam u lekarza u szarlatana na badaniach voll'a. co prawda ta placówka reklamuje się hasłem medycyna XXII wieku i w ulotce miała literówkę, ale co tam. chcecie wiedzieć, na czym polega diagnostyka EAV? no dobra, w skrócie, bo sama nie za bardzo czaję: wykorzystując meridiany (tu się kłania chińska medycyna, akupunktura i te sprawy), przez które przepływa energia (stary dobry prąd) sprawdza się, gdzie jest spadek energii = zator = problem. co mi wyszło?


otóż jest całkiem okej! sprawdziły się pewne sprawki, które już znamy (autoagresja, wątroba, śledziona intensywnie pracuje, ale to dobrze), alergie mnie zaskoczyły (z pokarmowych: tylko krowie mleko! plus, muszę sprawdzić, kiedy kwitnie leszczyna...), reszta umiarkowanie. jeśli chodzi o gluten, to toleruję, ale... mam go w sobie zdecydowanie za dużo. jak już pozbędę się nadmiaru, co jakiś czas zje się pizzunię albo porządną pajdę... co ważne: zmienić środek piorący (jelp? orzechy? anyone?). i prać często pościel. hmhmhm.

tak czy siak, wiele się zgadza i nie żałuję tej wycieczki. zawsze coś nowego. na do widzenia dostałam kartkę z wypisem, co mi dolega, diagnostykę organizmu (wszelkie nadczynności i niedoczynności), a także małe ksero z poradami, które dobrze już znacie. wykaz produktów z glutenem bądź bez, tabelka o kwasotwórczych i zasadotwórczych produktach... powinnam być na 8-tygodniowej diecie bezglutenowej na hardkorze. z rzeczy, o których jeszcze będę pisać: klasyfikacja żywności dla prawidłowego łączenia produktów (ląduje na lodówce - fajnie, nigdy mi się nie chciało robić tej tabelki!) oraz wskazówki, jak oczyścić się z różnych nieprzyjemności, które każdy z nas nosi. hint: będzie o gorzkich, niesmacznych naparach. no już nie mogę się doczekać... (ale najpierw: wycieczka).

gorąco. nie, nie narzekam, bo naprawdę podoba mi się ta temperatura, roznegliżowane dziewczyny w mieście, działające fontanny i wymówka, że mogę sobie kupować soki i lody (ale dzisiaj zostałam sromotnie oszukana, szpanerski lód na patyku za 7 złotych wcale nie był smaczny). jest tylko jeden problem, no: trzy. jeden jest taki, że nie używam filtrów. drugi - nie mam wygodnych sandałków i ledwo chodzę. trzeci. moja cera daje się we znaki.


jep, ten blog będzie wciąż o tym samym. co za los. podejrzewam, że gdybym znów zaczęła stosować ocm, to wszystko by wróciło do stanu na 4+, ale błagam, komu by się chciało w takie ciepłe, letnie wieczory? kiedy tyle jest do zrobienia... tak więc zadowalam się kupnymi kosmetykami. oczywiście nie jakieś randomowe: w nowej paczce dwa łupy, antyoksydacyjny, nawilżający tonik planeta organica oraz krem pod oczy baikal herbals. wcale nie jestem rusofilką...

otóż wmówiłam sobie, że się starzeję (w zasadzie wiem, że nie i że licealistki wyglądają czasem poważniej ode mnie), i jakoś tak bardzo chciałam mieć w łazience coś anti-ageing. no i bach. tonik pachnie ściółką, co uwielbiam. skład: najfajniejszy stuff to ekstrakt różeńca górskiego i ekstrakt irysa florentyńskiego. ma oczyszczać (sama nie wiem...) i przyspieszać proces regeneracji (aj hołp soł). na razie tylko parę dni, ale lubię go używać i wydaje mi się, że jest w porząsiu.

krem pod oczy... hm. odkąd go stosuję, w ogóle zauważam, że mam tu jakieś problemy. wcześniej ich po prostu nie było... ale to może kwestia tego, że zaczęłam używać olejku do mycia pharmaceris, bo skończył mi się ten z biochemii urody. to krem-żel chłodzący (nie odczułam tego efektu), ma eliminować oznaki zmęczenia (ha ha ha, z mojej twarzy? niewykonalne), pozwala skutecznie usuwać cienie i obrzęki (pffff....), odżywiać i regenerować skórę wokół oczu. może chociaż to. OKEJ, właśnie doczytałam, że dla lepszego efektu powinno trzymać się go w lodówce - no dobra, zobaczymy jutro rano, ale co to za sztuka chłodzić sobie powieki czymś, co stało całą noc w lodówce? eee. ale na pocieszenie piękne nazwy ziół bajkalskich: śnieżyczka kamczatska, zimoziół północny, perełkowiec japoński...

tak naprawdę zapomniałam o wielu rzeczach napisać! kolejne oczyszczanie, pomysły na badania (ostatnio nie mam się najlepiej i podejrzewam, że coś zaczęło mocno szwankować. do sprawdzenia. tylko się nie śmiejcie z moich sposobów...), ćwiczenia na astro-maszynie (dla ruskich kosmonautów!), do tego ukłucie zazdrości, kiedy widzę, jak mój chłopaczendo pakuje na siłce (skąd takiej szybkie efekty, eeeej). no i nie umiem się podciągnąć.

czytam sobie men's health, na dworcu kupiłam przeceniony women's, ale jak na razie nic nowego nie przeczytałam. hmmmphm. ale do rzeczy.


rano zjadam owsianki - i tu nowość - z płatkami jaglanymi. są nieco trocinowe, ale dodają słodyczy. polecam ze względów zdrowotnych. cieszę się jak głupia z lipca, bo: jagody, maliny, reszta truskawek, czereśnie, borówki. nie wiemy, co zrobić z tymi wszystkimi porzeczkami. do tego smuti zielony standard oraz wieczorny szejk menshelta: jabłko, kefir, banan, co tam jeszcze było? cytryna na pewno. (ps. ta książka jest TAK DOBRA jak maliny).


czas na gościa specjalnego! olej z korzenia z łopianu z ziołami. sztos, mówię wam. w ciągu tygodnia smarowania się nim tylko na noc moja buzia zrobiła się bardzo ładna i spokojna. oczywiście nadal coś tam się dzieje, toksyny wychodzą, stres robi swoje, wiadomo. ale: 4real. gdzie to kupić? NIE WIEM. poszukam. albo dostanę paczusię z krk. w każdym razie można go używać do twarzy, ciała, włosów. nie ma żadnego specyficznego zapachu, po prostu olej. producentem jest firma nami, kraj pochodzenia: rosja. ów ekstrakt olejowy z korzenia łopianu ma w dodatku zioła: uczepu trójlistkowego, pokrzywy, omanu, podbiału i skrzypu polnego. przypomina mi się mój dziadek zbierający chwasty. olej odżywia i wzmacnia cebulki, działa korzystnie przy wszelkich suchościach, regeneruje (również rzęsy). zapobiega starzeniu się skóry. wzmacnia wszystko. znalazłam go teraz w necie - jeśli nie będzie w zielarni, zamawiam hurtowo!

olaboga! cisza spokój, wtem - post, i to z brzydkim zdjęciem. a owszem, nie mam siły udawać, że to jakieś fancy opakowanie i zaraz wysmażę tu fancy focię. nie. wydałam całkiem konkretne pieniądze na coś, co może i wygląda fatalnie, ale a) nie śmierdzi jak niektóre spiruliny, b) ma być lekiem na całe zło. na początku tylko słowo wyjaśnienia: piszę rzadko, ale oprócz wielkiej żywieniowej wtopy (WESELE), trzymam się całkiem nieźle: jeśli nie szejki, to awokado i migdały i kefiry, a teraz jeszcze tydzień oczyszczania wątroby (idzie mi całkiem nieźle, moje nowe ulubione połączenie to owsianka z nektarynkami oraz jaglana z burakiem, kiszonym ogórkiem i paprykowym pesto. mniam!), więc mam wrażenie, że wychodzi na plus.



trochę ćwiczę. ba! zaczynam już dotykać całymi stopami przy psie z głową w dół (joga wygrała z crossfitem na całej linii), widzę też, gdzie popełniam błędy. chciałabym chodzić na astangę 5 razy w tygodniu. w zasadzie, jak się uprę... z czego mogłabym zrezygnować?

ze snu? o, wstawać o piątej rano! jutro pierwszy dzień lata, dobrze by było wykorzystać przychylną porę roku. pracować, śmiać się, mieć czas i energię.

tymczasem: dosłownie parę nowości. zauroczenia i chęci, ważne słowa, kolejne decyzje (what to do). otóż co my tu mamy, to młody jęczmień! czysty sproszkowany sok z liści młodego jęczmienia. ponoć to prawdziwe cudo, pełna gama witamin, składników mineralnych, pierwiastków śladowych oraz aminokwasów. dużo magnezu, żelaza (może też dlatego nie mam anemii? ale anty-tpo wciąż niepokojąco wysokie...), potasu i wapnia. ma za zadanie przywracać równowagę kwasowo-zasadową, zapobiegać chorobom (polecany jest chorym na cukrzycę, zaburzenia pracy tarczycy HELL YEAH, anemię, miażdżycę, nadciśnienie oraz osteoporozę... ma sporo witaminy B w najróżniejszych jej wersjach, kwasu foliowego, choliny, witamin C i E. całkiem super. taki proszek miesza się z wodą, uzyskując soczek, i tu cytat: którego zawartość składników mineralnych i substancji odżywczych odpowiada składem 2 kg ekologicznie uprawianych owoców i warzyw!!! (te trzy wykrzykniki też tak były).

sami widzicie. nie rusza was to? ja się złapałam i mam nadzieję, że serio działa. przy okazji kupiłam też spirulinę w tabletkach (mam ją w redakcji, łykam po obiadku - przypomnijmy, dobre białko z glonów, oczyszcza krew, pomaga w transporcie tlenu, wspiera pracę serca, nerek i wątroby... podobno hamuje apetyt i dodaje energii, ale ja tego nie zauważyłam) oraz bardzo ciekawą książkę o holistycznym uzdrawianiu zaburzeń tarczycy. byłam też na wykładzie fundacji wiem co jem na temat zespołu jelita drażliwego - trochę zbyt długi i medyczny, ale posłuchać małgorzaty desmond zawsze fajnie. wnioski zarówno z książki, jak i z wykładu : gluten ble!

tak więc mam zamiar wydać sporo siana na badania nietolerancji pokarmowych. mam nową matę i gacie na jogę. super chodzić na zajęcia w towarzystwie martyni (go girl!). byleby się nie rozleniwić. dla przypomnienia, że człowiek potrafi wiele, video, o którym często myślę. wrzucałam już je tu zapewne, ale na pewno nie zaszkodzi zobaczyć jeszcze raz...


szalom, wróciłam! oczywiście już pierwszy dzień na starych śmieciach dał mi w kość, ale co się nawdychałam świętych olejów, nadotykałam grobów i kamieni, najadłam falafelów, hummusów i baklawy. nie było jakoś bardzo zdrowo, ale wychodziłam się za wsze czasy. filtr 50 sprawił, że jestem ładnie (?) opalona. to była bardzo dobra podróż, teraz szykuję się na kolejną i staram się, by nie uciekło mi tu i teraz. chcę być jedną z tych podróżujących osób, które pakują się do jednej torby, mają czerwone od słońca nosy i wiedzą, że na lotnisku ben gurion zabiorą ci przyprawy z bagażu podręcznego (demit, przepadł mi zatar i mieszanka do sahlabu).


ale po kolei. nie będę opowiadać o izraelu, co widziałam i kogo spotkałam. grunt, że mam ochotę (potrzebę!) na więcej. 

wracam i: sprzątam, biorę kąpiel w soli z morza martwego (przywiozłam sobie kawałek znad morza, a i w błocie się umoczyłam, ale szczypało), jem chałwę i cieszę się z siebie. plany są takie, że codziennie uprawiam sport (dzisiaj basen), za tydzień jadę na oczyszczanie (dzień dobry soku jabłkowy), jem dużo kasz i pamiętam o ćwiczeniach zaleconych przez terapeutkę. nie umówię się na spotkanie, dopóki nie popracuję nad sobą. 

z ciekawostek: zaczęłam używać mydła z ben gurion, ale taka pasta brzmi super. kupiłam dziś olej arachidowy, żeby spróbować! wspaniała pasta oczyszczająca aliny to miks mąki (mam ryżową) i oleju. dodam również cynamon. odżywam!

(jedyne, czego się obawiam, to to, że mam uczulenie na arachidy. heh)

za 9 minut powinnam spać, więc sprawdźmy, czy da się tak szybko mi uwinąć. mam coś dobrego. pachnącego. działającego! olejek do mycia twarzy z biochemii urody aka cudo. mam zamiar nakupić opakowania na wszelki wypadek. na razie nie będę kombinować z niczym innym. polecam, gdyż: mam twarz SQUEAKY CLEAN, tylko mi te bliznusie zostały, dodatek naturalnego, pomarańczowego olejku eterycznego jest cudowny - zapach łagodzi napięcia nerwowe (!) i działa dezynfekująco. o właściwościach przeciwzmarszczkowych nie wspomnę, bo w zestawie jest też witamina E. jest mega łagodny, nareszcie moje powieki są w normalnym stanie i nie boję się, że odpadną. mimo, że to olejek, nie zatyka (ekhm, jego działanie nie jest komedogenne).


ps. od dzisiaj mam kartę benefit, więc po raz 2974910128 zaczynam nowe życie. nie mierzę się, nie ważę, nie planuję - po prostu za trzy miesiące mam nadzieję, że będę się lepiej czuć ze sobą, łatwiej będzie mi się wstawało i będę szczęśliwsza. stay tuned. na dobry początek byłam dziś na basenie - niezły ze mnie słabiak. na marginesie dodam, że mam zamiar poduczyć się pływać. i to wcale nie z powodu tego instruktora, który wygląda jak z żurnala. pewnie jest strasznym bubkiem... 

dobry żart! jutro kwiecień. kolejny miesiąc, który minął niepokojąco szybko (trzeba coś zmienić). czas na rozliczenie się z planów... oczywiście, dosyć szybko zarzuciłam pomysł 30 dni bez kawy. po beznabiałowym lutym za bardzo rozszalałam się z kefirami i serem (twarożek z rzodkiewką, anyone?). miało być bez glutenu, ale... hm, tak pozytywnie: powiedzmy, że unikam. makaron, chleb albo ciacho na jakiś czas. może spróbuję robić sobie bezglutenowy tydzień i tak będzie łatwiej. po prostu nie udaje mi się planować posiłków. i nie umiem odmawiać, haha.


a co dobrego? byłam u terapeutki, na spacerach w lesie... ogarnęłam parę psychicznych burdeli. marzec zapamiętam jako czas wychodzenia, umytych okien i porządków. mam swoje narzędzia. kwiecień będzie wspaniały, prawda?

oczyszczanie + 3 dni diety jabłkowej + codziennie gimnastyka + więcej spacerów, słońca, owoców, warzyw + bez pieczywa + tydzień weganizmu + dużo małych radości

jak pięknie! pogoda sprzyja dobrym myślom i działaniu. wysprzątane, okna umyte, pranie zrobione - ba! nawet pożyczyłam żelazko i nie zawaham się dziś go użyć... weekend spędzam na spacerach, czytaniu i wracaniu na dobre tory. odgruzowuję się z niepotrzebności. jedna z dobrych rzeczy, które wciąż znajdują się w mojej apteczkoszafce. olej z oregano.


użyłam i odstawiłam, tak mnie odrzuciło. ale powoli, jednak dobrocie>właściwości smakowe. oregano jest bogate w fenole, fitosterole, witaminy A i C oraz sole mineralne. olejek uzyskiwany jest z rośliny najlepszej jakości z rejonu morza śródziemnego (ah, znaleźć się tam teraz...) wchłania się lepiej niż kapsułki. nie stosowałam jeszcze inhalacji, ale na pewno spróbuję!

no i co to takiego daje? oczywiście wspomaga wątrobę, jelita i układ krążenia, oddechowy (to te inhalacje) i nerwowy, co mnie bardzo interesuje. bonus: środek odmładzający! polifenole są też przydatne przy odchudzaniu, ale nic o tym nie wiem, heh. olejek z oregano pomaga w higienie jamy ustnej.

4 krople rozcieńczam w ok. 1/3 szklanki wody (w sumie spróbuję w czymś, co ma smak, żeby było łatwiej). zalecana dawka to 3-4 dziennie, ale ja nie dam rady na bank... o! teraz doczytałam na ulotce, że dobre rezultaty daje rozcieńczanie w maślance, jogurcie i kefirze, a nawet z serkiem homogenizowanym. sounds good.

halo! tak, tak, każdy zajęty swoimi porządkami, nie gotuję nic nowego (mam przepis na mega-zdrowe-brownie, ale nie mam kiedy zrobić. no i pewnie wsunęłabym całą blachę sama), dni są niebezpiecznie podobne do siebie, a głowa płata mi figle. w sumie nie jest mi do śmiechu, co ważne: radzę sobie.


a co najważniejsze: widocznie dobrze sobie poradziłam. wypadałoby napisać szybkie poleconko. kto zna korzeń żywokostu łapa w górę! oczywiście ja podebrałam alinie. cizia wie, co mówi. ja nie kombinuję z olejkami, wywarami i spirytusami, tylko robię tak: łyżkę owej roślinki (to suszone jest) zalewam wrzątkiem. zostawiam na godzinę, więcej, aż się porządnie zaparzy i wychłodzi. a później... używam jako tonik. ważna sprawa: trzeba trzymać w lodówce, bo szybko się psuje (i znowu pojawia się problem natury organoleptycznej: obiecuję sobie, że następnym razem inwestuję w pięknie pachnącą wodę różaną).

polecam wszystkim, którzy mają nader reaktywny ryj. piąteczka! żywokost łagodzi, regeneruje i uspokaja (mam ochotę się w tym wykąpać, skoro tak). wyrównuje koloryt skóry, pomaga przy atopii. nie piłam, nie wiem, jak smakuje, ale na pewno działa dobrze.

otóż jest dosyć nietęgo, ponieważ mam wrażenie, że zamiast dnia mam chyba tylko przedpołudnie. później już tak szybko mija czas, że znowu budzę się o 6:00. na szczęście za oknem wiosna (dopiero dzisiaj zobaczyłam, że wzeszły już tulipany, a borówka ma pączki) i trochę, troszeńkę łatwiej wstać. tylko żeby jeszcze zdążyć zrobić cokolwiek znaczącego.


dużo pracy, ale to dobrze. z rzeczy, o których lubię mówić - skrobnęło się o czymś dobrym. większość łakoci spałaszowaliśmy w redakcji, dla siebie zagarnęłam olej rydzowy. na razie wykorzystuję wielką butlę oleju lnianego (dieta doktor budwiiiiiig - śpiewam na nutę jakiej to melodii), a ten olej tylko do pro posiłków. a ponieważ owych brak, to dodaję do zielonych soków. ostatnio, z braku laku, dodaję do nich  też pietruszki, FUJ.

w każdym razie cud miód polecam z głębi serduszka. czego nie polecam? mikrofali. przestałam używać tej w biurze. piję dużo kefirów, dzisiaj zrobiłam nawet podejście do soku z kiszonej kapusty, ale... nie, no, są granice, serio. zostaję na kefirowym levelu.


tymczasem walka o znośną cerę trwa - miałam kryzys tożsamości i nawet rozmyślałam o antybiotykach, ale po prostu czekam, aż toksyny ze mnie wyjdą i stosuję ocm+żywokost+brak kremu/tylko serum+liść oliwny+tonik bha. czy tylko ja mam wrażenie, że to sporo i powinno zadziałać? ehhh. jak będzie lepiej, to na pewno opiszę, jak sobie poradziłam. czekam.

aha i zostałam wybrana do odpowiedzi na ankietę, czuję się jak PRAWDZIWA BLOGERKA! heh. napiszę, a co tam ;)

im bardziej skupiam się na zdrowiu, tym bardziej czuję, jak niezdrowa jestem. odkrycie sprzed paru dni: w tym wieku człowiek już się psuje. a tak naprawę zepsułam się sama, jedząc i pijąc to, co zwykle. widzę efekty i mówię sobie: takie zwykle może być już tylko od święta. inna sprawa, że dzień po kuracji oczyszczającej wsuwam sernik z polewą czekoladową.

do rzeczy: oczyszczanie wątroby. pierwszy raz, ale nie ostatni (w końcu muszę się naprawić, chcę być po prostu zdrowa). może to aroganckie, ale uważam, że to dobra droga, żeby nie dostać raka - co w zasadzie jest mi (nam) pisane. baj baj, serniku, to ostatni kawałek (na ten tydzień, hehe).

wiem, że odstawię wszystkie leki. nie będę brać żadnych suplementów. może nie od razu, może nie na wiosnę, ale wkrótce. to dobry rok na odbudowę!


nie jest tak, że jestem super-niezdrowa. po prostu trzeba dokonać pewnej korekty. a tymczasem: skoro ja mam w sobie kamyki, no to błagam, ma je każdy, kto nie je vegan/raw/breathariańsko. więc: BEWARE! a na czym ta cała kuracja polega, może ktoś spytać. otóż nie jest lekko, ale i to nie wielkie poświęconko. mianowicie: piejmy sok jabłkowy (ale taki nie z koncentratu!) przez 6 dni, tak litr dziennie. myślę, że mam jakieś niedobory, bo piłam sporo i chciałam więcej. do tego: grapefruity i duuuuużo wody. do tego błonnik i inne łakocie, wstrzymujemy się od potraw zimnych/smażonych/nabiału/mięska itepe, co nie było problemem.

a 6 dnia rano... litr soku jabłkowego na raz! i konkretnie zabieramy się do rzeczy: można zjeść owsiankę albo warzywa, od 13:00 - NIC. i powiem wam, że to też no drama. ciężko robi się wraz z roztworem soli gorzkiej, którą pije się dwa razy wieczorem. na dobranoc sok z grapefruitów + oliwa (ilość znaczna...). i leżeć! nie ruszać się! spać! jeśli się da, hehs. ja zasnęłam... i śniło mi się granie w karty, praca, całkiem przyjemne sytuacje również. nowy dzień zaczynamy od znowu soli gorzkiej. a tak koło 12 można wypić wyciskany sok z pomarańczy (który smakuje wtedy po prostu bosko), zjeść świeże owocki, lekki obiadek. i może nie czujesz się wyśmienicie, ale jedno jest pewne: chociaż trochę jesteś zdrowsza.

zaręczam. teraz tylko muszę pić więcej kefirów, jeść jabłka (z pestkami!!!) i częściej rozmawiać z mądrymi ludźmi. tylko żeby nikt mi już nie prezentował serników ani czekolad...

yep, już ponad miesiąc piję nasionka. oczywiście zdarzały się przerwy, zwłaszcza związane z hulactwem bądź gośćmi na chacie, ale staram się wchłaniać je regularnie. rano: błonnik, wieczorem: ostropest (zazwyczaj o nim zapominałam, przed snem czasem jestem tak zmęczona, że nie mam siły nawet kręcić młynkiem).

powiem wam jedno: działa! podobno torebka kosztuje mnóstwo siana, ale też cena gwarantuje jakość nasionek (bo te tańsze mogą być tylko małowartościowymi łupinkami). ostatnio moja mitkodieta kuleje, ale jak tylko minie najszczęśliwszy dzień tej zimy (TŁUSTY CZWARTEK DAWAJCIE PĄCZKI) to wracam do bezglutenu. posłuchałam sobie audycji o medycynie żywienia i jestem pewna, że to mi pomoże (stres też robi swoje, ale nie odetnę sobie rączek, głupia atopia).


błonnik oczyszcza jelita i usuwa toksyny, ale mam wrażenie, że tych toksyn we mnie jest morze (tak, poezja). bardziej interesuje mnie regulowanie poziomu cukru - stąd może moje wahania nastroju i napady słodyczowego głodu? ostropest z kolei działa na wątrobę (siema, nadużywanie leków!) wspomaga trawienie i neutralizuje wolne rodniki (spodziewany efekt: wieczna młodość).

spoczi spoczi, piję szejki (dodaję zimnej ziółkowej herbatki), ale w planach mam naprawdę wielkie próby oczyszczania. myślę sobie, ile złego w siebie pakuję (trudno nie przesiąkać beznadzieją). powiedzmy, że mogę jeszcze się ponaprawiać, więc w przyszłości skorzystam z: diety dr dąbrowskiej, gorzkiej soli oraz nalewki czosnkowej. tylko nie wszystko na raz, of kors! fajnie byłoby, gdybym nie oczyszczała się sama. aha, miałam mały kryzys, bo zaczęłam do nasionek dolewać oleju z oregano - przedobrzyłam dobro, aż dostałam dreszczy. fujka.

aaalbo po prostu wyjadę do australii. albo chociaż dołączę do ochotniczej straży pożarnej.

kupiłam czekoladę z myślą o pracy. w redakcji jemy dużo słodyczy. zazwyczaj ja nic nie przynoszę, bo mówię sobie, że nie zjem. zazwyczaj odmawiam czekoladom, które leżą przed moim komputerem. a później zjadam połowę. i tak, miałam tę czekoladę zanieść jutro i zjeść gremialnie. a później otworzyłam rachunek za gaz i stwierdziłam, że trzeba jakoś uratować ten wieczór. bueh, popełniam ciągle te same błędy! (żeby chociaż była gorzka, ale nie).

nie ma tego złego, trudno. wytopię czekoladę, ale nie tłuszcz! teraz to słowo dobrze mi się kojarzy. dodaję olej kokosowy do wszystkiego, co możliwe (chleb z olejem kokosowym jako biedakolacja), w zasadzie powinnam mieć dwa opakowania: do kuchni i do łazienki. bo w kosmetyce używam go chyba nawet częściej...


nie jest to jakieś wyrafinowane: wmasowuję. w dłonie, włosy, twarz, łokcie... powyższe zdjęcie jest bardzo nieaktualne, bo już wszystkie butelki zużyłam. macadamian oil tak naprawdę nie mój, tylko siostry, ale siostra wyjechała, zostawiła i... (dobrze, że nie czyta tego bloga!). fantastyczny do twarzy, zamiast kremu na noc albo na mrozy. olej z pestek dyni też cudowny, smaruję się nim po kąpieli, a co najważniejsze: płuczę nim usta. serio. mam taki okropny nalot na języku - efekt oczyszczania nasionkami, jak sądzę (bo nie candida, sprawdziłam!) - i w ten sposób dbam też o jamę ustną. płuczę buzię mniej więcej łyżką oleju, tak parę minut, a później wypluwam do toalety (ponoć tyle zarazków, że lepiej tak się tego pozbyć). nie jest jakoś bardzo oleiście, polecam. ważne: od razu trzeba umyć zęby! trochę to też forma medytacji - moment, kiedy jestem sama i nie mogę mówić do siebie na głos. olej z orzechów włoskich już się skończył, to był bardzo trafiony prezent na urodziny (dzięki, martyniks!). pachnie pięknie, dodawałam do wszystkiego, co mogłam - sałatki, jaglanki, mieszanki ocm. nie wiedzie ocb? (suchar, nie mogłam się powstrzymać). w każdym razie: oleje są najlepsze, dążę do tego, żeby używać ich zamiast kosmetyków drogeryjnych. czytaliście ostatni numer zwykłego życia i artykuł o kobietach, które mają pięć mazideł i tyle? właśnie o to chodzi!

ps. podekscytowanie! za dobrą radą dodałam mitkowy newsletter - podejrzewam, że kto się wpisze, będzie dostawał powiadomienie o nowym poście (nie martwcie się - na pewno nie będę spamować). to dobry pomysł? czy powinnam wrzucić jakiegoś rssa?

nareszcie! na święta dostałam od dobrego wujka (serio) paczkę błonnika i ostropestu, żebym mogła trochę się pooczyszczać. oczywiście, nie mogłam kupić pierwszego lepszego młynka, który zmieli ziarna... po wielu poszukiwaniach, wreszcie mam. przyszedł pocztą dziś rano. uwieczniony wraz z draceną, którą kupiłam sobie wczoraj, żeby dotrzymywała mi towarzystwa:


tak więc, od dzisiaj: rano - błonnik, wieczorem - ostropest. chyba każdy już ma fizia na punkcie jedzenia nasionek i detoksu, prawda? tak więc nie przedłużając, zapewne zbankrutuję przez te paczki. błonnik ma oczyszczać, sprawiać, że będę szczęśliwsza, piękniejsza i zdrowsza. przede wszystkim mam nadzieję, że będę mniej zmęczona (takie rzeczy obiecują...) słowa-klucze: toksyny, jelita, cholesterol. na taki błonnik składają się ziarna babki płesznik oraz łupiny babki jajowatej. a ostropest? na wątrobę, żeby oczyściła się z tych wszystkich leków, jakie brałam całe życie... będę się obserwować: z resztą im mniej nabiału, tym na pewno będzie lepiej...


a jak tam styczeń? miał być bezalkoholowy, jak na razie miałam jedną konkretną bibę (nie napić się w operze narodowej? bez przesady!) i dwa wieczory ze szklaneczką wina/martini na pocieszkę. nie mogę powiedzieć, że jest źle. styczeń/luty zapowiada się lepiej: jeszcze mniej alkoholu, plus błonnik i jaglanka. i to wcale nie postanowienia noworoczne!

Powered by Blogger.