Showing posts with label ładnie. Show all posts

halo, lalo! wróciłam! tak, tak, w sobotę już, ale i tak się wiele działo. przeszłam chyba z 50 kilometrów, zjadłam 30 kilogramów glutenu, przytyłam i opaliłam się na śmiesznie. wyglądam trochę jak nie ja, do tego dzisiaj byłam u fryzjera i nie zrozumieliśmy się za bardzo, nad czym ubolewam. ale włosy mają to do siebie, że odrastają.


trochę straciłam motywację i powoli wracam na dobre tory. przede wszystkim muszę się wyspać, bo jak na razie mi się nie udało. do tego w niedzielę zgubiliśmy się w lesie. wyszliśmy na krótki spacer, a wróciliśmy po 3,5 h, ale za to z grzybami! nie mieliśmy za wiele z nich pożytku, ale pachniały pięknie. poleżałam chwilę w lesie i jestem przekonana, że to lepsze dla mnie miejsce niż zatłoczone miasto. trzeba więcej oddychać i zadbać o swoje mięśnie. tak więc no more penne, wracamy do jogi i motywacyjnych lektur. za tydzień znów czeka mnie oczyszczanie, a do tego wspólne plany. gdzie ta wspinaczka?



podsumowując: las, spacery, skakanka, basen, joga, szorowanie ciała, zero słodyczy, glutenu, mleka i ograniczenie alkoholu. do tego wszystko na spokojnie: okazuje się, że z tego wszystkiego najbardziej pomaga mi po prostu żywokost. koszt - eee złotówka? plus woda utleniona. chcę mocno zaoszczędzić na przyszłą wielką wyprawę.


tymczasem w planach mieszanka ziołowa na pozbycie się dziabdziaków z siebie. bardzo polecane są takie zioła jak piołun, mięta, kurkuma. każde po pół łyżeczce zmieszać ze sobą, zaparzyć, pić codziennie wieczorem przed snem przez 8 dni. no i ciekawe. zrobię po powrocie z offa! trzymajcie za mnie kciuki.

gorąco. nie, nie narzekam, bo naprawdę podoba mi się ta temperatura, roznegliżowane dziewczyny w mieście, działające fontanny i wymówka, że mogę sobie kupować soki i lody (ale dzisiaj zostałam sromotnie oszukana, szpanerski lód na patyku za 7 złotych wcale nie był smaczny). jest tylko jeden problem, no: trzy. jeden jest taki, że nie używam filtrów. drugi - nie mam wygodnych sandałków i ledwo chodzę. trzeci. moja cera daje się we znaki.


jep, ten blog będzie wciąż o tym samym. co za los. podejrzewam, że gdybym znów zaczęła stosować ocm, to wszystko by wróciło do stanu na 4+, ale błagam, komu by się chciało w takie ciepłe, letnie wieczory? kiedy tyle jest do zrobienia... tak więc zadowalam się kupnymi kosmetykami. oczywiście nie jakieś randomowe: w nowej paczce dwa łupy, antyoksydacyjny, nawilżający tonik planeta organica oraz krem pod oczy baikal herbals. wcale nie jestem rusofilką...

otóż wmówiłam sobie, że się starzeję (w zasadzie wiem, że nie i że licealistki wyglądają czasem poważniej ode mnie), i jakoś tak bardzo chciałam mieć w łazience coś anti-ageing. no i bach. tonik pachnie ściółką, co uwielbiam. skład: najfajniejszy stuff to ekstrakt różeńca górskiego i ekstrakt irysa florentyńskiego. ma oczyszczać (sama nie wiem...) i przyspieszać proces regeneracji (aj hołp soł). na razie tylko parę dni, ale lubię go używać i wydaje mi się, że jest w porząsiu.

krem pod oczy... hm. odkąd go stosuję, w ogóle zauważam, że mam tu jakieś problemy. wcześniej ich po prostu nie było... ale to może kwestia tego, że zaczęłam używać olejku do mycia pharmaceris, bo skończył mi się ten z biochemii urody. to krem-żel chłodzący (nie odczułam tego efektu), ma eliminować oznaki zmęczenia (ha ha ha, z mojej twarzy? niewykonalne), pozwala skutecznie usuwać cienie i obrzęki (pffff....), odżywiać i regenerować skórę wokół oczu. może chociaż to. OKEJ, właśnie doczytałam, że dla lepszego efektu powinno trzymać się go w lodówce - no dobra, zobaczymy jutro rano, ale co to za sztuka chłodzić sobie powieki czymś, co stało całą noc w lodówce? eee. ale na pocieszenie piękne nazwy ziół bajkalskich: śnieżyczka kamczatska, zimoziół północny, perełkowiec japoński...

niedziela, dzień odpoczynku. dzisiaj powiedziałam sobie, że nic nie muszę, skończyłam czytać książkę, przejrzałam gazetę, nie zrobiłam obiadu (ale łososiowy sos był pycha). jadłam borówki prosto z krzaczka, pierwsze moje. chcę jutro rano wstać i pozbierać sobie na śniadanie.

a tymczasem wypucuję się po gorącym dniu. nie chronię się przed słońcem, choćbym się miała zestarzeć. w domu nowe kwiatki i porządki. staram się mieć własną przestrzeń. z nowych i starych kosmetycznych łupów: seria babci agafii.


dwie saszetki: jedna do maska do twarzy z mlekiem łosia (!), a druga - scrub do ciała. maseczka pachnie obłędnie, aż bym ją z siebie zlizała, odżywia i odmładza. dostałam ją w prezencie i hołubię. w składzie, rzecz jasna, nie brakuje ziół syberyjskich i biały wosk pszczeli. nie ma sensu się rozpisywać: za każdym razem twarz naprawdę wygląda... lepiej.

scrubik dopiero co użyłam. zapowiada głębokie oczyszczenie. jest wybitnie brzozowy, a ja lubię brzozy. do tego pokrzywa i dziki majeranek. pachnie latem.

fun fact: przesadziłam z walką o piękne stopy i teraz ledwie chodzę. nie ma mowy o zajęciach i skakaniu na skakance. ależ ze mnie nieudacznik.

tak naprawdę zapomniałam o wielu rzeczach napisać! kolejne oczyszczanie, pomysły na badania (ostatnio nie mam się najlepiej i podejrzewam, że coś zaczęło mocno szwankować. do sprawdzenia. tylko się nie śmiejcie z moich sposobów...), ćwiczenia na astro-maszynie (dla ruskich kosmonautów!), do tego ukłucie zazdrości, kiedy widzę, jak mój chłopaczendo pakuje na siłce (skąd takiej szybkie efekty, eeeej). no i nie umiem się podciągnąć.

czytam sobie men's health, na dworcu kupiłam przeceniony women's, ale jak na razie nic nowego nie przeczytałam. hmmmphm. ale do rzeczy.


rano zjadam owsianki - i tu nowość - z płatkami jaglanymi. są nieco trocinowe, ale dodają słodyczy. polecam ze względów zdrowotnych. cieszę się jak głupia z lipca, bo: jagody, maliny, reszta truskawek, czereśnie, borówki. nie wiemy, co zrobić z tymi wszystkimi porzeczkami. do tego smuti zielony standard oraz wieczorny szejk menshelta: jabłko, kefir, banan, co tam jeszcze było? cytryna na pewno. (ps. ta książka jest TAK DOBRA jak maliny).


czas na gościa specjalnego! olej z korzenia z łopianu z ziołami. sztos, mówię wam. w ciągu tygodnia smarowania się nim tylko na noc moja buzia zrobiła się bardzo ładna i spokojna. oczywiście nadal coś tam się dzieje, toksyny wychodzą, stres robi swoje, wiadomo. ale: 4real. gdzie to kupić? NIE WIEM. poszukam. albo dostanę paczusię z krk. w każdym razie można go używać do twarzy, ciała, włosów. nie ma żadnego specyficznego zapachu, po prostu olej. producentem jest firma nami, kraj pochodzenia: rosja. ów ekstrakt olejowy z korzenia łopianu ma w dodatku zioła: uczepu trójlistkowego, pokrzywy, omanu, podbiału i skrzypu polnego. przypomina mi się mój dziadek zbierający chwasty. olej odżywia i wzmacnia cebulki, działa korzystnie przy wszelkich suchościach, regeneruje (również rzęsy). zapobiega starzeniu się skóry. wzmacnia wszystko. znalazłam go teraz w necie - jeśli nie będzie w zielarni, zamawiam hurtowo!

powiem wam, że nie jest łatwo. ostatni dzień czerwca, a ja czuję się, jakby trwała zeszła jesień: mokro w butach i męcząco w głowie. nie ma szans, żeby z czymkolwiek zdążyć, poranne wstawanie - owszem, ale nie wykorzystuję tego czasu tak, jakbym chciała... zamiast podsumowań, trochę postanowień na lipiec. przede wszystkim: spokojnie dbać o siebie. trudno, nie wygospodaruję dodatkowych funduszy ani śpiogodzin. dlatego idealnie nie będzie, ale za to - bez wyrzutów sumienia. nie umawiać się na spotkania, nie planować, że skończę tę książkę już jutro. nadrobić zaległości.


smutny koniec miesiąca. byleby lipiec był łaskawszy - żebym pisała częściej. na razie korzystam z tego, co już dobrze wiecie: zielone szejki (a na wieczór mają być kolejne!), awokado, unikanie glutenu (ale jagodzianek sobie nie odmawiam), olej kokosowy. siostra przyjechała i przywiozła olej z łopianu do buzi, ciała, włosów - temu trzeba się przyjrzeć!

o myciu twarzy. nie wypróbuję wszystkiego na sobie, więc dziękuję refinery29. ja wciąż się borykam. ograniczyłam się do oleju oczyszczającego z biochemii urody i płynu micelarnego. od czasu do czasu mask of magnaminty, delikatny piling. może muszę poszukać czegoś innego. uh, ciężkieżycie.

ojacię! ale fajnie dostać przeciekawą książkę, wybrać się na niedzielne śniadanie i jeszcze pogawędzić z kimś miłym. na pierwszy rzut oka wydaje się, że będzie o gotowaniu, ale to nie jest książka kucharska. klaudyna z ziołowego zakątka jest naprawdę w porządku. 


przeczytajcie sobie tu sami: na zwykłym życiu pojawił się mój wywiad. w oczekiwaniu na nowy numer postarałam się - tam pojawiły się wielkie litery i poprawność językowa! przynajmniej się starałam.

co więcej: przeczytałam gdzieś, że spirulina ma też swoje złe oblicze i wcale nie można jej traktować jako źródła B12. JAKTO. muszę znaleźć to źródło i dowiedzieć się więcej. stay tuned. znowu spędzam dużo czasu w szpitalach, na jodze jestem łamagą i przez połowę zajęć gapię się na instruktorkę z otwartą z podziwu japą. plany są takie: zapuszczanie włosów (więc wracam do olejowania) i pobudka o 6 rano, żeby szorować ciało na sucho. to chyba powinnam iść spać?


huhu! może i mam pustą lodówkę, ale za to sporo mądrości poprzyklejanych na karteczkach. lubię zbierać przepisy, których później nie wykorzystuję i dobre rady skądkolwiek. tego nigdy za wiele! pamiętam, jak się cieszyłam z kupionego w podstawówce kalendarza nastolatki. wszystkie rady przeczytałam już pierwszego dnia. tymczasem zachowały się (gdzieś w kuchni babci wynalazłam) kartki wyrwane z kalendarza ściennego (moment zrywania kolejnego dnia działa bardzo relaksująco!). jest 10 marca 2014, ale i 27 stycznia 2008 (księżyca przybywa) oraz 20 kwietnia 2009 (lekarz o 16:00). 


z działu zdrowie dowiemy się, że łamliwość włosów i paznokci często wywoływana jest zbyt niskim poziomem witaminy A (najlepsze źródła: tran, wątróbka, olej z wątroby dorsza, ale co mnie bardziej interesuje: marchew, natka pietruszki, szpinak, dynia, morele, mango...), przy wyczerpaniu pracą umysłową wieczorem dobrze jest wypić szklankę mocnego kakao, przy silnym bóli zębów ulgę przyniesie żucie goździków.

karteczka rady cioci zosi: aby pozbyć się kamienia, który osadził się wokół baterii, należy nasączyć octem  watę, ułożyć ją w zabrudzonych miejscach i pozostawić na kilka godzin. pleśń zbierającą się na silikonie uszczelniającym brzeg wanny usunie woda utleniona z dodatkiem octu...

a oto naturalne sposoby na ładny dekolt: mieszamy 3 łyżki soli z tłustą śmietaną. powstałą maseczkę nakładamy na dekolt, masujemy przez 2 minuty i spłukujemy zimną wodą. na cerę: mieszamy 2 łyżeczki sody oczyszczonej ze szklanką przegotowanej schłodzonej wody. takim roztworem nasączamy wacik i przemywamy cerę. soda oczyszczona ma bardzo silne działanie wysuszające, dlatego ważne jest zachowanie umiaru w stosowaniu!

a skoro jesteśmy w temacie domowych maseczek: 2 łyżki kurkumy rozrobić w odrobinie miodu z dodatkiem maślanki. trzymamy do 40 minut - uwaga, barwi!

sporo na głowie: nowy projekt progres, praca i chęci. dziwnymi sposobami poznaję lepiej ludzi, o których kiedyś myślałam. staram się nie opuszczać.


tymczasem co tam u mnie? nowa paczka z biochemii urody! <3 a w niej, między innymi, sok z aloesu eko. z moją cerą (nagle) jest całkiem nieźle - teraz będzie walka o to, żeby tak zostało & staranie o to, żeby wymazać parę blizn. pomoże w tym wspomniany żywokost, mam nadzieję. i właśnie aloes, jedna z moich ulubionych roślin (ale geranium i tak wygrywa).

jak byłam mała, bardzo lubiłam łamać aloesowe kłącza i dziabać sobie miazgę. dobrze jest ten żel rozprowadzić właśnie po bliznach czy ranach. odświeża i pachnie jak nic innego! nawilża, regeneruje, działa przeciwbakteryjnie i przeciwzmarszczkowo. zapobiega stanom zapalnym, więc jest elo też po depilacji. czasem też pije się sok z aloesu, ja lubię ten miąższ.

sok jest idealny dla mojej wrażliwej skóry. widocznie poprawia stan suchej cery, ma nieco rozjaśniać - czekam na efekty. mimo, że to 100% sok, nie rozcieńczam go wodą. mam w planach używać go do rozcieńczania maseczek np. ze spiruliny. na razie solo sprawdza się znakomicie, albo to autosugestia, hehe. 

a na dodatek, wegański sernik zrobiony przez saturczaka! wyszło nieźle. szkoda, że na drugi dzień nażarłam się ciasta drożdżowego... (jeśli ktoś myślał, że trzymam się wegańskiego tygodnia, to był w błędzie).


halo! tak, tak, każdy zajęty swoimi porządkami, nie gotuję nic nowego (mam przepis na mega-zdrowe-brownie, ale nie mam kiedy zrobić. no i pewnie wsunęłabym całą blachę sama), dni są niebezpiecznie podobne do siebie, a głowa płata mi figle. w sumie nie jest mi do śmiechu, co ważne: radzę sobie.


a co najważniejsze: widocznie dobrze sobie poradziłam. wypadałoby napisać szybkie poleconko. kto zna korzeń żywokostu łapa w górę! oczywiście ja podebrałam alinie. cizia wie, co mówi. ja nie kombinuję z olejkami, wywarami i spirytusami, tylko robię tak: łyżkę owej roślinki (to suszone jest) zalewam wrzątkiem. zostawiam na godzinę, więcej, aż się porządnie zaparzy i wychłodzi. a później... używam jako tonik. ważna sprawa: trzeba trzymać w lodówce, bo szybko się psuje (i znowu pojawia się problem natury organoleptycznej: obiecuję sobie, że następnym razem inwestuję w pięknie pachnącą wodę różaną).

polecam wszystkim, którzy mają nader reaktywny ryj. piąteczka! żywokost łagodzi, regeneruje i uspokaja (mam ochotę się w tym wykąpać, skoro tak). wyrównuje koloryt skóry, pomaga przy atopii. nie piłam, nie wiem, jak smakuje, ale na pewno działa dobrze.

w ramach oszczędzania wydałam ostatnio absurdalną kwotę w zielarni. chcę używać jak najmniej kosmetyków i zdecydowałam, że zamiast tysiąca balsamów będę używać tylko masła do ciała. a raczej - oleju. dali mi certyfikowany, głupio było mówić, że bieda i chcę zwykły. o, jak dobrze.


to jest zapach moich pierwszych perfum (gwiazdka w pilawie, yves rocher) i ostatnich wakacji (kawałki świeżego, schłodzonego kokosa na sycylijskiej plaży). organiczny robi różnicę. i tu tylko o tym, jak wpływa zewnętrznie - w kuchni to inna bajka. nawet nie chce mi się pisać o właściwościach (no dobra: widocznie poprawia stan skóry, goi rany, bardzo przyjemnie natłuszcza, ponoć ujędrnia...), bo sam zapach sprawia, że mam zamiar używać go już 4ever. aha, podobno nawet ma działanie przeciwsłoneczne!

jak tylko znowu zacznę jeść normalnie (bo teraz to słodycze i jakieś niedojedzone przez babcię obiady) zafunduję sobie słoik do kuchni i będę dodawać do wszystkiego. WSZYSTKIEGO. plusik dla tarczycy, kości, krwi, oczyszczania i metabolizmu. ma działać antyrakowo, ale nie za bardzo wierzę takim zapewnieniom. wystarczy, że przeciwzapalnie.

i jeszcze jeden minus: używając oleju kokosowego bardzo, bardzo tęskni się za latem.

planowałam post o babeczkach jaglanych, ale obawiam się, że nic z tego nie wyjdzie (nadal siedzą w piekarniku i wcale nie wyglądają, jakby chciały być zjedzone). dlatego krótkie poleconko: mimo postanowień, że do rossmanna nie wejdę (niemcom płacić nie będę), to w sumie gdzie indziej znajdę tanie dobre kosmetyki (alterra, bdfm). trafiłam znów na przecenę, więc bez wahania wydałam kolejne dwie dyszki na reklamowany olejek, który jest całkiem w porząsiu.


bio-oil ma bardzo przyjemny zapach, trochę się obawiam, że głównie dlatego mi się podoba. polecany jest na blizny (dzień dobry), rozstępy (hmmm), nierównomierny koloryt, do skóry starzejącej się i odwodnionej (ja, hipochondryczka). zawiera coś, co się nazywa purcellin oil, przełomowy składnik, hohoho. nie mogę powiedzieć, że działa rewelacyjnie, bo używam zdecydowanie za krótko (efekty powinny być widoczne w ciągu trzech miesięcy). używam raczej raz dziennie, zazwyczaj na noc. wydaje się, że pomaga na atopię na dłoniach - są mięciutkie!

no i co tu mamy? witaminę e, olejki z rumianku-lawendy-rozmarynu-nagietka. miło się go używa, wchłania się całkiem szybko i skoro mnie nie uczula, to polecam. może być używany również jako olejek do kąpieli, ale kto ma czas na kąpiel...

powinnam być we lwowie. popijać kawę z miodem i cytryną na bambetli, obżerać się warynkami z kartoplą. lwów wygrywa w tym momencie z warszawą dzięki swojej ludności tymczasowej. oraz, niespodzianka! mają lusha! co prawda ceny są podobne, jak w każdym innym sklepie, no ale w polsce nie uświadczysz. chyba, że za przesyłką...


przy okazji noworocznych podróży zaszliśmy i tam. nie rozumiałam się za bardzo z panią ekspedientką, nie było specyfiku, na który liczyłam, ale nie wyszłam z pustymi rękoma. tak tam pachnie! no więc proszę, polecam: mask of magnaminty. przyjemnie ściąga, oczyszcza, sprawia wrażenie, że skóra mrozi się niczym mięta w drinku. przy okazji nie podrażnia, a goi - żadnych zaczerwienień! po 15 minutach zmywa się pastę z buzi, masując, co działa jak delikatny piling. skład tego mazidła? dobrocie: kaolin, miodek, olejek z mięty pieprzowej, olej z nasion wiesiołka, ba, nawet fasolka adzuki... stosuję dosyć rzadko, ale widzę efekty. oczywiście, jak to w lushu: składniki eko oraz naklejka, kto w ogóle robił (mieszał? pakował?) tę maskę. dziwne, ale okej. trochę im wierzę. 

kupiłam czekoladę z myślą o pracy. w redakcji jemy dużo słodyczy. zazwyczaj ja nic nie przynoszę, bo mówię sobie, że nie zjem. zazwyczaj odmawiam czekoladom, które leżą przed moim komputerem. a później zjadam połowę. i tak, miałam tę czekoladę zanieść jutro i zjeść gremialnie. a później otworzyłam rachunek za gaz i stwierdziłam, że trzeba jakoś uratować ten wieczór. bueh, popełniam ciągle te same błędy! (żeby chociaż była gorzka, ale nie).

nie ma tego złego, trudno. wytopię czekoladę, ale nie tłuszcz! teraz to słowo dobrze mi się kojarzy. dodaję olej kokosowy do wszystkiego, co możliwe (chleb z olejem kokosowym jako biedakolacja), w zasadzie powinnam mieć dwa opakowania: do kuchni i do łazienki. bo w kosmetyce używam go chyba nawet częściej...


nie jest to jakieś wyrafinowane: wmasowuję. w dłonie, włosy, twarz, łokcie... powyższe zdjęcie jest bardzo nieaktualne, bo już wszystkie butelki zużyłam. macadamian oil tak naprawdę nie mój, tylko siostry, ale siostra wyjechała, zostawiła i... (dobrze, że nie czyta tego bloga!). fantastyczny do twarzy, zamiast kremu na noc albo na mrozy. olej z pestek dyni też cudowny, smaruję się nim po kąpieli, a co najważniejsze: płuczę nim usta. serio. mam taki okropny nalot na języku - efekt oczyszczania nasionkami, jak sądzę (bo nie candida, sprawdziłam!) - i w ten sposób dbam też o jamę ustną. płuczę buzię mniej więcej łyżką oleju, tak parę minut, a później wypluwam do toalety (ponoć tyle zarazków, że lepiej tak się tego pozbyć). nie jest jakoś bardzo oleiście, polecam. ważne: od razu trzeba umyć zęby! trochę to też forma medytacji - moment, kiedy jestem sama i nie mogę mówić do siebie na głos. olej z orzechów włoskich już się skończył, to był bardzo trafiony prezent na urodziny (dzięki, martyniks!). pachnie pięknie, dodawałam do wszystkiego, co mogłam - sałatki, jaglanki, mieszanki ocm. nie wiedzie ocb? (suchar, nie mogłam się powstrzymać). w każdym razie: oleje są najlepsze, dążę do tego, żeby używać ich zamiast kosmetyków drogeryjnych. czytaliście ostatni numer zwykłego życia i artykuł o kobietach, które mają pięć mazideł i tyle? właśnie o to chodzi!

ps. podekscytowanie! za dobrą radą dodałam mitkowy newsletter - podejrzewam, że kto się wpisze, będzie dostawał powiadomienie o nowym poście (nie martwcie się - na pewno nie będę spamować). to dobry pomysł? czy powinnam wrzucić jakiegoś rssa?

miało być o pięknie i kosmetykach, które robią dobrze, ale nie ma siły, więc zadowalam się rozpuszczonym masłem kakaowym bio. mimo, że na opakowaniu jest napisane, żeby przechowywać w chłodnym, suchym miejscu, ja swoje trzymam na grzejniku. rano łatwiej wygrzebać się spod pierzyny, jeśli mogę chlusnąć na siebie ciepłym, apetycznie pachnącym mazidłem. używam tak hojnie, że już zaraz będę musiała zamówić nową dostawę... (aha, będzie też post o olejach!)


tymczasem mój must nr. 2. kiedyś piłam rano, teraz przelewam do szklanej butelki i w redakcji wypijam na drugie (albo i pierwsze) śniadanie. zielony smuti! <tańczy>

nie, nie będzie żadnych obleśnych i niebezpiecznych mieszanek. na mój prawie-codzienny zielony sok składają się zazwyczaj te same składniki: szpinak+banan+gruszka/kiwi/cokolwiek sezonowego (tak bardzo tęsknię za borówkami)+mleko roślinne/woda (od święta: kokosowa)+dodatki. przymierzam się do zamiany szpinaku na inną zieleninę, ale tak smakuje mi najbardziej. bo naprawdę smakuje! przez owoce jest słodki, sok z cytryny też robi swoje. a dodatki? to, co akurat mam w kuchni: czarny sezam, mielony len, spirulina, kakao, przyprawy...

nie jestem calgary avansino, żeby codziennie wydawać 18,50 funtów na smuti (podliczyli te nasionka chia, sproszkowaną macę i inne baobaby), ale takie początki są po prostu dobre. a jeśli ktoś chce poeksperymentować, to polecam green mo revolution! (tak tak, kiedyś taka będę).

ps. uwielbiam calgary, chociaż jest trochę przerażająca.

niektórzy mają tak, że w najbardziej stresujących momentach, z mnóstwem obowiązków na wczoraj, są najlepiej zorganizowani. chyba do nich nie należę - jestem po prostu zmęczona i jedyne, o czym myślę, to sen, kąpiele, czytanie książek pod pierzyną. kąpiele raczej odpadają, bo łazienka to obecnie najzimniejsze pomieszczenie w moim domu. ale trzeba o siebie zadbać, prawda?


oto, co przyszło z biochemii urody! bardzo się cieszę na takie małe zmiany. co ciekawe, okazuje się, że nawet bardzo sucha skóra (jak moja), nie potrzebuje tych wszystkich kremów na dzień, na noc, pod oczy... aktualnie, w najgorsze mrozy, używam jedynie serum winogronowego (o, pardon: eliksiru winogronowego DNA!) oraz - nie bijcie - podkładu z cliniqua. może latem przekonam się do kolorowych kosmetyków eko, na razie zależy mi na tym, żeby nie mieć czerwonego ryja.

moje łakocie: masło kakaowe eko, które jest w tak zbitej formie, że trudno coś z tym zrobić (chyba, że zostawię na kaloryferze - rozpuszczone wmasowuję w łydki, kolana i łokcie, pachnie pysznie, działa jak emolient, co dla mojej hiperwrażliwej skóry jest jak znalazł). wspomniany eliksir składa się z np. resweratrolu (uwaga, cytat! jest wynikiem wieloletnich badań francuskich chemików, powstał w wyniku ekstrakcji z winorośli winnej pochodzącej z ekskluzywnych upraw w rejonie bordeaux we francji. luksusik, hehe), z komórek macierzystych z róży alpejskiej (nie pytajcie), kwasu hialuronowego i witaminki C. przeznaczony jest niby dla cery dojrzałej, ale takie bogate serum sprawdza się teraz na piąteczkę. olej tamanu eko... no nie pachnie najładniej, wiecie? następnym razem skuszę się na monoi. ten taman to coś jak jabłka, tylko że z polinezji. właściwości ma mnóstwo, ale ja oczekuję, że pomoże pozbyć się paru blizn oraz zadziała przeciwzapalnie. stosuję punktowo na noc, czasem wcieram w dłonie, ale mało co im pomaga... zamówiłam również zestaw do stworzenia toniku z kwasem BHA 2% - o tym później.

jest trochę lepiej. oczyszczające nasionka najwidoczniej działają. czekam na -20 stopni, mój dzisiejszy wieczór ratuje kakao na bazie mleka migdałowego. poszukuję studiów dietetycznych, ale chyba zadowolę się kursem... 

używacie takich dziwadeł? czy są jakieś kremy z drogerii, które nie robią krzywdy? 

poprawy na razie nie widać, myślę, że to jednak dłużej potrwa... w planach mam zakup kapsułek z liściem oliwnym. tymczasem robię sobie tonik, a później o nim zapominam, więc po tygodniu muszę robić nowy. całe szczęście, że opakowanie nasion czarnuszki kosztuje raptem parę złotych!


ja tam lubię chlebuś z czarnuszką, chociaż tu wkraczamy na grząski grunt glutenu... ale, ale! o co chodzi z tym tonikiem? trzeba rozkruszyć nasionka (łychę - do listy zakupów dopisuję moździerz), zalać wrzątkiem, odstawić, aż ostygnie. później trzymać maks tydzień w lodówce, przemywać twarz. i tu pojawia się problem: kto by zapamiętał, że obok musztardy stoi jakiś kosmetyk?


a szkoda, bo to samo dobro w płynie. ma działanie antybakteryjne, ponoć łagodzi alergię (sprawdźmy!), mówi do widzenia wolnym rodnikom... a jak się nasionka je, to pomagają ze wszelkimi kwasami, odtruwają... i to taka ładna nazwa.


tak jak zdarza mi się w napadzie słodyczowego głodu wsunąć batona ze sklepu (góralek nugatowy jest całkiem całkiem), tak też moja pielęgnacja twarzy nie jest idealna. może to ma związek z lekami, jakie obecnie w siebie wrzucam, ale fakty są takie: wyglądam jak zaniedbana nastolatka. i wcale mi to nie schlebia. w poszukiwaniu czegoś-co-naprawi-mi-ryj (aha! nie polecam acne dermu, który wypalił mi twarz, pozdrawiam) trafiłam na mydło z aleppo.

nie wnikając w sytuację geopolityczną syrii: mydełko to obiecuje cuda-wianki. moje jest z glinką ghassoul i olejkiem arganowym (najwyższy czas pomyśleć o tym, że się starzeję, haha). uwaga uwaga, jest to mydło rewitalizujące, czyli ma mnie spilingować, nawilżyć, odżywić i odmłodzić, a przy tym (cytat) nie jest w żaden sposób agresywne dla skóry. trzymam za słowo! dość agresji!


dobra, to był suchar zupełnie nie na miejscu. wszyscy szaleją za mydłem aleppo, bo jest tradycyjne (niezmieniona receptura od ponad 2000 lat, y'all) i naturalne (w większości składa się z oliwy z oliwek & oleju laurowego). o właściwościach nawet nie będę pisać, wystarczy, że zwane jest również mydłem doskonałym. mam nadzieję, że nie szafują lekkomyślnie takimi słowami...

od dzisiaj zaczynam myć buzię mydłem co wieczór. dam znać, jak się sprawy mają, ale nie spodziewam się wielkiej zmiany, dopóki używam drogeryjnych kremów (niedługo zamawiam paczkę z biochemii urody, do tej pory chcę wykończyć wszelkie kupne mazidła).

Powered by Blogger.