Showing posts with label orzechy. Show all posts

w ramach oszczędzania wydałam ostatnio absurdalną kwotę w zielarni. chcę używać jak najmniej kosmetyków i zdecydowałam, że zamiast tysiąca balsamów będę używać tylko masła do ciała. a raczej - oleju. dali mi certyfikowany, głupio było mówić, że bieda i chcę zwykły. o, jak dobrze.


to jest zapach moich pierwszych perfum (gwiazdka w pilawie, yves rocher) i ostatnich wakacji (kawałki świeżego, schłodzonego kokosa na sycylijskiej plaży). organiczny robi różnicę. i tu tylko o tym, jak wpływa zewnętrznie - w kuchni to inna bajka. nawet nie chce mi się pisać o właściwościach (no dobra: widocznie poprawia stan skóry, goi rany, bardzo przyjemnie natłuszcza, ponoć ujędrnia...), bo sam zapach sprawia, że mam zamiar używać go już 4ever. aha, podobno nawet ma działanie przeciwsłoneczne!

jak tylko znowu zacznę jeść normalnie (bo teraz to słodycze i jakieś niedojedzone przez babcię obiady) zafunduję sobie słoik do kuchni i będę dodawać do wszystkiego. WSZYSTKIEGO. plusik dla tarczycy, kości, krwi, oczyszczania i metabolizmu. ma działać antyrakowo, ale nie za bardzo wierzę takim zapewnieniom. wystarczy, że przeciwzapalnie.

i jeszcze jeden minus: używając oleju kokosowego bardzo, bardzo tęskni się za latem.

ze mną chyba tak często - marudzę, że nie wychodzi, a w sumie jest okej. owe babeczki nie powalają, ale są w sam raz na niedzielne śniadanie. zakład, że z masłem orzechowym albo powidłami są pyszka.

przepis na - uwaga - róże jaglane z daktylami i bananami wzięłam z numeru e!stilo na styczeń/luty. a mam ten magazyn dlatego, że znalazł się w nim mój wywiad z siostrą małgorzatą chmielewską. tak w ramach wychodzenia ze strefy komfortu. coś jest i mówię sobie, że można być dumną. a że te babeczki nieco nęciły, w dodatku mam foremki w kształcie róż (skąd, to inna historia)...


wykonanie to po raz kolejny przykład mojej kuchennej brawury (hehe). na razie według przepisu: gotujemy około pół szklanki kaszy jaglanej. w międzyczasie mieszamy ze sobą: szklankę mąki orkiszowej + pół szklanki mielonych migdałów (biedaopcja: rozwaliłam młotkiem orzechy włoskie) + łyżeczkę proszku do pieczenia + łyżeczkę sody oczyszczonej + cynamon, kurkumę. kroimy w kostkę banana (sztuk 1) i daktyle (sztuk 8). i teraz zabawa z jajkami: 2 jajka oddzielić, żółtka utrzeć z 3 łyżkami syropu z agawy. do tego dodać mieszankę mąkową i owocki, i jeszcze oliwę z oliwek (tak pół szklanki) i jeszcze maślankę (szklanka), a na koniec ugotowaną kaszę jaglaną. to wszystko razem miksujemy na gładką masę (nie udało mi się za bardzo, co wcale nie przeszkadza). białka z odrobiną soli morskiej ubić na sztywno (ewidentnie mi to nie wyszło). delikatnie mieszamy i wrzucamy do piekarnika (oczywiście już w tych foremkach) na 20-25 minut w 180 stopniach. otóż ja trzymałam o wiele, wiele dłużej. jemy rano, popijając kawą zbożową. jest okej, dobra niedziela.

parę minut przed północą! dedlajn był do wczoraj, ale zdążyłam wysłać poniższe zdjęcie. dlaczego ciasto jest w foremce? bo wrzuciłam je do pieca jeszcze na jakąś godzinę. może coś wygram, a może ktoś zajrzy sobie tutaj. jest w porządku, przynajmniej najedliśmy się w redakcji. myślałam, że to ciasto nie ma prawa się udać, ale najwyraźniej wszystkim smakowało!


robiłam je na bazie tego przepisu. oczywiście okazało się, że nie mam mnóstwa składników, więc zaczęło się improwizowanie. chlebek cukiniowy jest ekstra.

sporo cukinii starłam, posoliłam (fun fact: solą ziołową, bo nie miałam innej...), zostawiłam na durszlaku na kwadrans, żeby woda puściła. poszłam na łatwiznę - kiedy sok się odciskał, a na patelni skwierczało jabłko (trzeba je podgrzać starte z dodatkiem wody, żeby powstała papka) do miski wrzuciłam resztkę otrąb owsianych, posiekane daktyle, rodzynki, orzechy włoskie... zamiast cukru - syrop z agawy. do tego trochę mąki (w przepisie nie ma, ale ja miałam za wiele tej cukinii, nie wyszłoby), proszek do pieczenia i przyprawy: cynamon, takietam. aha! jeszcze dwa jajka i olej, trochę zmielonego siemienia lnianego, trochę tego niezmielonego, o i jeszcze dosypałam kakao. serio, nie miało prawa wyjść, taka kuchenna samowolka!

jeśli mi wyszło, wyjdzie każdemu. w piecu trzymałam je długo, aż byłam pewna, że nie jest surowe. a na noc zostało w wyłączonym piekarniku.

miało być o czym innym, ale w zasadzie to całkiem udany eksperyment - zwłaszcza po doprawieniu (czosnek 4ever). przymiarki do weganizmu: nerkoserek. polecam do kanapeczki z pumperniklem, oliwkami i kiełkami brokuła. czarny sezam dla szpanu.


zalety: proste wykonanie, zdrowe składniki, satysfakcja, cruelty-free i zero zagrożenia kwasicy (owszem, jest coś takiego, jak się je za dużo nabiału). paczka nerkowców kosztuje tyle samo, co almette czy inne takie, a nerkoserka wychodzi chyba nawet więcej!

1/2 szklanki nerkowców (namoczonych w wodzie - najlepiej przez noc, odcedzić) + troszeńkę wody + sok z cytryny + sól, pieprz + czosneczek! blendujemy. mamy serek. nie podaję, ile soku itp., bo to jednak najlepiej samemu sobie przyprawić.

po tej próbie wydaje mi się, że nie będzie źle. jeszcze nauczę się robić jogurty! i ciekawostka: dziś próbowałam zielonej herbaty z rozmarynem. po prostu została wetknięta w szklanę gałązka owego rozmarynu. dobre. 

całkiem zdrowy dzień zepsułam milką oreo, ale było warto. to już zaraz poniedziałek?

Powered by Blogger.