Showing posts with label postanowienia. Show all posts

tak, tak, wiadomiks. ale jest ok: tylko jedno piwko u martyni! i ryba, i sałatka (z serem pleśniowym, ale DOBRA), i w ogóle na piątkę z minusem, bo wafle. może od jutra już joga? sprawdzimy, jak wstaniemy, my, mitek. w oczekiwaniu na nowy kalendarz (którego jeszcze nie mam) myślę o minionym roku. tak dużo się działo, a mam wrażenie, że dopiero co...

zamieszkałam z chłopcem, często jeździłam do kuzynów. parę razy rzucałam gluten i nabiał, haha. ścięłam włosy. chodziłam na jogę, cross fit, taniec. przeżyłam duże zmiany w pracy i domu. założyłam własną firmę. byłam w berlinie, izraelu, rzymie, barcelonie, na offie i w mikołajkach. i warsztatach pisania. cieszę się z tego, kim się staję. mam już parę pomysłów na 2015: będzie jeszcze lepiej!

dzisiaj będzie dużo przekleństw, bo jestem na kacu i jestem wściekła. serio. już dosyć. wracam do turbo-zdrowia. teraz już bez żadnych ALE. zero nabiału, zero kurwa glutenu, zero alkoholu. NO WŁAŚNIE. zaczęłam zadawać się z ludźmi, którzy za dużo piją i jedzą mrożone pizze. koniec tego dobrego. trzeba się sobą zaopiekować, bo zaczynają mnie uczulać rzeczy nieuczuleniowe. plus CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE.

tak więc jakie plany? piciu: czystek. tzn. czysto, bo bezalkoholowo, i czystek, roślinka. codziennie będę pić z niej herbatę, która ma ponoć działanie antyhistaminowe (głupia wysypka), antyoksydacyjne i wzmacnia odporność. POTRZEBUJĘ TEGO NATYCHMIAST. ma też ładnie oczyścić z metali ciężkich, a ostatnio nie odmawiałam papieroskom. 



w tym roku pigwówki nie będzie, przegapiłam. może to i dobrze. okej. byleby konsekwentnie i wytrwale. no i dżoga. i wysypianie się, bo z tym ostatnio też słabo. za dużo pracy, za dużo garbienia się przed komputerem. obiecuję sobie i światu: znowu codzienne pisanie, obserwacja jedzeniowa, olejowanie, pisanie w dzienniku, spacery. 

będzie dobrze.

no no, doczekałam się ponaglenia! oto piszę. żyję, chociaż w niedzielę prawie nie zemdlałam od oczyszczania, a dzisiaj walnęłam głową o podłogę (bo nie potrafię stać na rękach). wbrew pozorom, wiele się dzieje (w ogóle w tym roku jakoś ciągle, coś, się, dzieje, prawda?), a ja nie mam ani zdjęć, ani czasu, żeby to jakoś ładnie spisać. dzisiaj daję sobie parę minut: do roboty!

otóż. kolejny raz to już NA PEWNO ostatni. mam dosyć tego całego oczyszczania. w ogóle to uważam, że nie ma we mnie już kamieni. ledwo żwirek. przeżyję.

zawsze po weekendzie u kuzynów wracam z dodatkową energią (oraz koszykiem pełnym łakoci - kto dzień po detoksie rzuca mnie na naleśniki i ciasto, ej, nie fair). mam chęć (!) robić dobrze, dbać i nie poddawać się. oddycham głęboko (jak tylko moje nozdrza na to pozwalają) i cieszę się z zwykłych rzeczy. dzisiaj rano obudziłam się przed budzikiem, wyszłam na ogródek poskakać na skakance, rozpoczęłam squat challenge. zjadłam jaglankę, zrobiłam szejkuś dla dwojga (w ogóle to przestrzegam przed dodawaniem do smutis zbyt dużej ilości młodego jęczmienia - bardzo wpływa na smak, napój robi się kwaskowaty i jakby musujący, co nie pasuje do zieleniny). po pracy - dżoga. i powiem wam, było hardo, bo raz, że dawno nie ćwiczyłam, dwa, że poszłam na vinyasę do kobiety, której nie znałam. niektórych rzeczy nigdy nie próbowałam. co to za pozycje! jeju, byłam najgorszą ciapą na całej dzielni! ale to nic, przynajmniej widziałam, że mimo przerwy, postępy są.

zaczęłam też kurację antypasożytową. przez 8 dni, wieczorem, trzeba pić kubek naparu (1/2 łyżeczki piołunu, 1 łyżeczka mięty, 1/2 łyżeczki kurkumy, a ja jestem prymuską i dodałam jeszcze łychę orzecha włoskiego). wypiłam dziś i było OBRZYDLIWE. ale wiadomo, że syropkiem to tego nie załatwię. dla zainteresowanych tematem: polecany jest orzech czarny, ale w mojej zielarni tego nie mieli. na rano polecany jest citrosept. uważam, że to opcja dla słabiaków i zażyję oregasept (tak naprawdę mam to w szafce, również niesmaczne, ale przynajmniej oczekuję lepszych efektów). i za dwa tygodnie taką przyjemność powtórzę. mam nadzieję, że dam radę!

a tu, proszę bardzo, lista pokarmów przeciwpasożytniczym: burak, kapusta, marchew, czosnek, por, cebula, rzodkiew, szczaw <3, szczypior, papryka, pietruszka, seler (surowy, ble). z innych takich: koper, goździki, pieprz kajeński, szałwia ogrodowa, imbir, chrzan, tymianek, kminek, curry, cynamon, kurkuma, gorczyca. 

obiecuję sobie: codziennie kefir (dla brzusia), jabłko Z PESTKAMI (dla bezpiecznego jodu), nigdy nie brać już suplementów z witaminami, płukać usta olejem (akurat mi się lniany skończył, demmm), szczotkować się na sucho (jeśli się wyśpię...), a po skończonej kuracji naparowej spróbować nalewki czosnkowej. voila!

do przemyślenia: na tarczycę może wpływać duża ilość chloru i/lub fluoru w wodzie. może trzeba będzie pomyśleć o filtrach na prysznic. co myślicie o tym jedzeniu w ciągu 8 godzin? wymagałoby to ode mnie żarcia w godzinach 8-16, czyli żadnych romantisze kolacji. chyba się nie skuszę.

ale mi się napisało! i zapomniałam wam powiedzieć, co z bronisławem: spróbowaliśmy, nie było złe, taka dziwna, zbyt intensywna kola, ale świadomość, że ten grzyb siedzi mi w kuchni źle na mnie oddziaływała. rozstaliśmy się w zgodzie.

moi drodzy, wiem. według niektórych już za bardzo popłynęłam, ale kompletnie mi to nie przeszkadza! traktuję to trochę z przymrużeniem oka, chociaż przecież jestem w 100% przekonana. dzisiaj byłam u lekarza u szarlatana na badaniach voll'a. co prawda ta placówka reklamuje się hasłem medycyna XXII wieku i w ulotce miała literówkę, ale co tam. chcecie wiedzieć, na czym polega diagnostyka EAV? no dobra, w skrócie, bo sama nie za bardzo czaję: wykorzystując meridiany (tu się kłania chińska medycyna, akupunktura i te sprawy), przez które przepływa energia (stary dobry prąd) sprawdza się, gdzie jest spadek energii = zator = problem. co mi wyszło?


otóż jest całkiem okej! sprawdziły się pewne sprawki, które już znamy (autoagresja, wątroba, śledziona intensywnie pracuje, ale to dobrze), alergie mnie zaskoczyły (z pokarmowych: tylko krowie mleko! plus, muszę sprawdzić, kiedy kwitnie leszczyna...), reszta umiarkowanie. jeśli chodzi o gluten, to toleruję, ale... mam go w sobie zdecydowanie za dużo. jak już pozbędę się nadmiaru, co jakiś czas zje się pizzunię albo porządną pajdę... co ważne: zmienić środek piorący (jelp? orzechy? anyone?). i prać często pościel. hmhmhm.

tak czy siak, wiele się zgadza i nie żałuję tej wycieczki. zawsze coś nowego. na do widzenia dostałam kartkę z wypisem, co mi dolega, diagnostykę organizmu (wszelkie nadczynności i niedoczynności), a także małe ksero z poradami, które dobrze już znacie. wykaz produktów z glutenem bądź bez, tabelka o kwasotwórczych i zasadotwórczych produktach... powinnam być na 8-tygodniowej diecie bezglutenowej na hardkorze. z rzeczy, o których jeszcze będę pisać: klasyfikacja żywności dla prawidłowego łączenia produktów (ląduje na lodówce - fajnie, nigdy mi się nie chciało robić tej tabelki!) oraz wskazówki, jak oczyścić się z różnych nieprzyjemności, które każdy z nas nosi. hint: będzie o gorzkich, niesmacznych naparach. no już nie mogę się doczekać... (ale najpierw: wycieczka).

powiem wam, że nie jest łatwo. ostatni dzień czerwca, a ja czuję się, jakby trwała zeszła jesień: mokro w butach i męcząco w głowie. nie ma szans, żeby z czymkolwiek zdążyć, poranne wstawanie - owszem, ale nie wykorzystuję tego czasu tak, jakbym chciała... zamiast podsumowań, trochę postanowień na lipiec. przede wszystkim: spokojnie dbać o siebie. trudno, nie wygospodaruję dodatkowych funduszy ani śpiogodzin. dlatego idealnie nie będzie, ale za to - bez wyrzutów sumienia. nie umawiać się na spotkania, nie planować, że skończę tę książkę już jutro. nadrobić zaległości.


smutny koniec miesiąca. byleby lipiec był łaskawszy - żebym pisała częściej. na razie korzystam z tego, co już dobrze wiecie: zielone szejki (a na wieczór mają być kolejne!), awokado, unikanie glutenu (ale jagodzianek sobie nie odmawiam), olej kokosowy. siostra przyjechała i przywiozła olej z łopianu do buzi, ciała, włosów - temu trzeba się przyjrzeć!

ojacię! ale fajnie dostać przeciekawą książkę, wybrać się na niedzielne śniadanie i jeszcze pogawędzić z kimś miłym. na pierwszy rzut oka wydaje się, że będzie o gotowaniu, ale to nie jest książka kucharska. klaudyna z ziołowego zakątka jest naprawdę w porządku. 


przeczytajcie sobie tu sami: na zwykłym życiu pojawił się mój wywiad. w oczekiwaniu na nowy numer postarałam się - tam pojawiły się wielkie litery i poprawność językowa! przynajmniej się starałam.

co więcej: przeczytałam gdzieś, że spirulina ma też swoje złe oblicze i wcale nie można jej traktować jako źródła B12. JAKTO. muszę znaleźć to źródło i dowiedzieć się więcej. stay tuned. znowu spędzam dużo czasu w szpitalach, na jodze jestem łamagą i przez połowę zajęć gapię się na instruktorkę z otwartą z podziwu japą. plany są takie: zapuszczanie włosów (więc wracam do olejowania) i pobudka o 6 rano, żeby szorować ciało na sucho. to chyba powinnam iść spać?


olaboga! cisza spokój, wtem - post, i to z brzydkim zdjęciem. a owszem, nie mam siły udawać, że to jakieś fancy opakowanie i zaraz wysmażę tu fancy focię. nie. wydałam całkiem konkretne pieniądze na coś, co może i wygląda fatalnie, ale a) nie śmierdzi jak niektóre spiruliny, b) ma być lekiem na całe zło. na początku tylko słowo wyjaśnienia: piszę rzadko, ale oprócz wielkiej żywieniowej wtopy (WESELE), trzymam się całkiem nieźle: jeśli nie szejki, to awokado i migdały i kefiry, a teraz jeszcze tydzień oczyszczania wątroby (idzie mi całkiem nieźle, moje nowe ulubione połączenie to owsianka z nektarynkami oraz jaglana z burakiem, kiszonym ogórkiem i paprykowym pesto. mniam!), więc mam wrażenie, że wychodzi na plus.



trochę ćwiczę. ba! zaczynam już dotykać całymi stopami przy psie z głową w dół (joga wygrała z crossfitem na całej linii), widzę też, gdzie popełniam błędy. chciałabym chodzić na astangę 5 razy w tygodniu. w zasadzie, jak się uprę... z czego mogłabym zrezygnować?

ze snu? o, wstawać o piątej rano! jutro pierwszy dzień lata, dobrze by było wykorzystać przychylną porę roku. pracować, śmiać się, mieć czas i energię.

tymczasem: dosłownie parę nowości. zauroczenia i chęci, ważne słowa, kolejne decyzje (what to do). otóż co my tu mamy, to młody jęczmień! czysty sproszkowany sok z liści młodego jęczmienia. ponoć to prawdziwe cudo, pełna gama witamin, składników mineralnych, pierwiastków śladowych oraz aminokwasów. dużo magnezu, żelaza (może też dlatego nie mam anemii? ale anty-tpo wciąż niepokojąco wysokie...), potasu i wapnia. ma za zadanie przywracać równowagę kwasowo-zasadową, zapobiegać chorobom (polecany jest chorym na cukrzycę, zaburzenia pracy tarczycy HELL YEAH, anemię, miażdżycę, nadciśnienie oraz osteoporozę... ma sporo witaminy B w najróżniejszych jej wersjach, kwasu foliowego, choliny, witamin C i E. całkiem super. taki proszek miesza się z wodą, uzyskując soczek, i tu cytat: którego zawartość składników mineralnych i substancji odżywczych odpowiada składem 2 kg ekologicznie uprawianych owoców i warzyw!!! (te trzy wykrzykniki też tak były).

sami widzicie. nie rusza was to? ja się złapałam i mam nadzieję, że serio działa. przy okazji kupiłam też spirulinę w tabletkach (mam ją w redakcji, łykam po obiadku - przypomnijmy, dobre białko z glonów, oczyszcza krew, pomaga w transporcie tlenu, wspiera pracę serca, nerek i wątroby... podobno hamuje apetyt i dodaje energii, ale ja tego nie zauważyłam) oraz bardzo ciekawą książkę o holistycznym uzdrawianiu zaburzeń tarczycy. byłam też na wykładzie fundacji wiem co jem na temat zespołu jelita drażliwego - trochę zbyt długi i medyczny, ale posłuchać małgorzaty desmond zawsze fajnie. wnioski zarówno z książki, jak i z wykładu : gluten ble!

tak więc mam zamiar wydać sporo siana na badania nietolerancji pokarmowych. mam nową matę i gacie na jogę. super chodzić na zajęcia w towarzystwie martyni (go girl!). byleby się nie rozleniwić. dla przypomnienia, że człowiek potrafi wiele, video, o którym często myślę. wrzucałam już je tu zapewne, ale na pewno nie zaszkodzi zobaczyć jeszcze raz...


zdziwieni, prawda? rzadko piszę, a tu bam, znowu coś. otóż ponieważ nie będzie mnie przy komputerze przez najbliższe x dni (szalom przygodo!!!) i trzeba zaserwować coś porządnego na czas nieobecności.


mam nadzieję, że da się odczytać zaznaczony fragment. kejs tzn. cayce wymiata. jeden z uzdrowicieli wszystkiego. swoje przykazania zdrowej diety przekazywał dzięki tzw. ridingom (readingom) - wpadał w coś rodzaju transu i jego asystentka/żona spisywała, co mówi. w wykazie kejsowskich zakazów dietetycznych znalazły się m.in. surowe jabłka i banany, ziemniaki (ale obierki są okej), smażone dania, alkohol, cukier, łączenia pokarmów skrobiowych ze słodyczami (ciasta)... dodawanie mleka lub śmietanki do kawy, żywność konserwowana, używanie do gotowania naczyń aluminiowych, spożywania posiłków w stanie silnego podniecenia lub zdenerwowania. ha! dalej trochę ma racji, a trochę creepy. 

produkty zasadotwórcze powinny stanowić 80% diety. to wszystkie owoce oprócz żurawiny i śliwek, wszystkie warzywa oprócz soczewicy i kukurydzy, mleko, migdały, kawa, herbata, miód, żółty cukier (wtf?), drożdże...

byłoby z naszej strony dużym błędem, gdybyśmy nie podali tu jednego ze słynnych przepisów na potrawę, o której wspominają wszystkie kajsowskie poradniki dietetyczne. nosi ona nazwę bardzo egzotyczną: potrawa mumii. z tą potrawą wiąże się również bardzo ciekawa historia. otóż przepis na nią przyśnił się edgarowi kejsowi 2 grudnia 1937 r. jego sen dotyczył odkrycia w egipcie pewnych napisów, które wytłumaczyła przywrócona do życia mumia. to ona podała poniższy przepis (...). pół szklanki posiekanych daktyli, pół - suszonych fig, 1 lub półtora szklanki wody, 1 kopiasta łyżeczka mąki kukurydzianej. gotować na małym ogniu przez 10 minut lub dłużej, mieszając. podawać z mlekiem lub śmietanką.

z ciekawostek w anemii polecany jest również "sok" z wołowiny. eeee, nie spróbuję.


a tak na serio, co z tej książki wyciągnę? spróbuję zrobić ową potrawkę. będę jeść więcej migdałów. postaram się poczytać o prawidłowym łączeniu produktów. proponowane są również autosugestie. tu znalazłam też dietę jabłkową, którą mam zamiar zastosować. 

zostawiam was z dwoma bonusami: ukochaną normą kamali i krótkim dialogiem prosto z ridingu o tarczycy:

pytanie: ser?
odpowiedź: ser - tabu.

to będzie szybkie rozprawienie się z rzeczywistością. nagle i niespodziewanie rozpoczął się kolejny miesiąc. jeden z piękniejszych. równocześnie (to się nie zdarza) kwitną bzy i konwalie, trochę się obawiam, że nawet ich nie poczuję. pierwszy raz w życiu taka alergia. bleh. ale! pa pa, kwietniu!


plany były takie, żeby był to miesiąc czystości. nie za bardzo mi się udało. pod pozorem zupy cebulowej trochę białego wina poszło. w berlinie raczej się oszczędzałam. jest okej, ale hm... i nabiał, i parę śmieci się zjadło. samo się zjadło? tydzień weganizmu niestety przemilczę, ALE jest zdecydowanie lepiej. chociaż rybki wciąż jem i wciąż czuję, że potrzebuję. do tego 3-dniowa dieta jabłkowa nie zaistniała, przesunęłam ją na maj - po powrocie z izraela. 

w kwietniu królował zielony sok rano, trochę kiszonek, standardowy lancz to pomidor z mozzarellą. w pracy podjadam orzechy. wcale nie byłam na rowerze (chlip), nie za bardzo w lesie (ale ten spacer nad wisłę wynagradza wszystko), bieganie i medytacje - PFEH. z drugiej strony chodzę na basen, jogę, pilates, crossfit... (tak tak, piszę chodzę, chociaż powinno być zaczęłam i nie wiem, co dalej).

nie piszę o postanowieniach na maj, żeby nie zapeszać, jak tym razem. jakaś pokuta?

boję się w życiu paru rzeczy. choroby, oszustów, swoich błędów. boję się również jutrzejszych zakwasów.

cały dzień nosiłam ze sobą buty i stare dresy. myślałam, że nie dotrę. koniec końców znalazłam miejsce (zmyliły mnie plakaty na 1 maja), zeszłam do piwnicy i poszłam na swój pierwszy crossfit.


trochę czytałam o tym i stwierdziłam: spróbuję. no, cieszę się, że nie zemdlałam. ring, obciążenie (zaledwie 8 kg), trener gorila. robiłam jakieś 20% tego, co pozostali (jakie żylety!), ale i tak jestem z siebie dumna. nic prostego. trening wytrzymałościowy połączony z siłowym. miałam mroczki przed oczami. uhhh jaki ze mnie słabiak!

to już trochę kwestia przesuwania swoich granic. nie wiem, na ile to jest zdrowe.

dobry żart! jutro kwiecień. kolejny miesiąc, który minął niepokojąco szybko (trzeba coś zmienić). czas na rozliczenie się z planów... oczywiście, dosyć szybko zarzuciłam pomysł 30 dni bez kawy. po beznabiałowym lutym za bardzo rozszalałam się z kefirami i serem (twarożek z rzodkiewką, anyone?). miało być bez glutenu, ale... hm, tak pozytywnie: powiedzmy, że unikam. makaron, chleb albo ciacho na jakiś czas. może spróbuję robić sobie bezglutenowy tydzień i tak będzie łatwiej. po prostu nie udaje mi się planować posiłków. i nie umiem odmawiać, haha.


a co dobrego? byłam u terapeutki, na spacerach w lesie... ogarnęłam parę psychicznych burdeli. marzec zapamiętam jako czas wychodzenia, umytych okien i porządków. mam swoje narzędzia. kwiecień będzie wspaniały, prawda?

oczyszczanie + 3 dni diety jabłkowej + codziennie gimnastyka + więcej spacerów, słońca, owoców, warzyw + bez pieczywa + tydzień weganizmu + dużo małych radości

obiecuję sobie robić więcej zdjęć, żeby w sytuacjach kryzysowych (dzień dobry znów) je wykorzystywać. inaczej kończy się na tym, że mówię sobie: przecież nie będę wrzucać samego ględzenia. ale nie! tak ma nie być! cytując szwedzkie przysłowie z jeszcze niewydanej książki (ah, ten splendor szczotek korektorskich): mniej obaw, a więcej nadziei. mniej jedzenia, a więcej przeżuwania. mniej narzekania, więcej oddychania. mniej gadania, więcej mówienia. więcej kochania. rób to, a wszystko, co dobre, będzie twoje.

jedno z moich ulubionych słów to lagom - w sam raz. na razie albo mam za mało (czasu, energii) albo za dużo (obowiązków, zmartwień). to sytuacja zastana, ale dzisiaj pierwszy raz udało mi się nad tym zapanować (co prawda mogło to wyglądać jak klasyczny foch). w planach na weekend: mycie okien, spacer po lesie (w poszukiwaniu otoczaków, które będą grzać mi później nerki), upieczenie czegoś dobrego (ostatnio żywię się waflami ryżowymi w czekoladzie - mój wygląd to nie niespodzianka), może nawet zobaczymy nowy film wesa andersona, którego kocham miłością wierną.


z rzeczy, którymi mogę się podzielić i poczuć, że robię dobrze - przecena w rosmanie na mleko ryżowe! <3 upolowałam ten antyseptyczną maść himalaya. wyczerpuję kosmetyki, mam już listę na nowe zakupy w biochemii urody. przygotowuję się do miesiąca czystości. 

tymczasem dalej bawię się w zielarkę (niestety nic nie uprawiam, choć bardzo chcę) i proszę państwa, oto kozieradka. hit włosomaniaczek! ma również właściwości tuczące (!), ale ja stosuję ją tylko zewnętrznie. nasiona kozieradki zalewamy wrzątkiem, otrzymany napar wcieramy w głowę, włosy rosną jak szalone. minus: zapach, trochę jak hmmmm kurczak curry? odkąd nie mieszkam sama - odpada. miksturę powinno trzymać się w lodówce, a ponieważ rzadko do niej zaglądam, zapominam, że stoi tam i kozieradka, i żywokost, i olej lniany... demit. co ciekawe, nawet nie wypadają mi tak włosy jak zawsze, ale podejrzewam, że główną przyczyną jest ich drastyczne przycięcie. 

jeśli chodzi o tonik, to lepiej rozcieńczać wodą na pół. w sumie fajnie, że sobie o tym przypomniałam. inne dobroci to dzikie pszczoły, nowy kubek i przesyłki.

może się zastanawiacie: a gdzie to się mitek szlaja przez tydzień? nie pisze, nie daje znaku życia. a jeszcze takie oto zdjęcia, bez makijażu i bez filtra wrzuca. no, no. co to za góry? wypad na weekend? otóż nie. SYLWESTER.




prawie 4 miesiące temu (omg), wioska dora. najcieplej nie było, łazienki nie było. nie zdecydowałam się wrzucać zdjęcia numer 4, gdyż na japie miałam widocznego wkurwa. a to się kiedyś rzadko zdarzało...

no właśnie. zastanawiałam się, czy o tym pisać, ale niech będzie. nie jestem jakąś wielką city girl, z sentymentem myślę o górach, morzach, wsiach i pustelniach. trudno mi znaleźć równowagę i emocje wychodzą w nie dość fortunnych sytuacjach. kto mnie zna, ten wie, że różne mam zajawki, a i historię rodzinną (dziadek bioenergoterapeuta) też w miarę ciekawą. także powiem tylko tyle: byłam sobie u pewnej pani, która doradziła mi dobre rzeczy. uważam, że wszystko jest w umyśle i samouzdrawianie to jest hot topic. zobaczcie na przykład, jak działa placebo! tak czy siak. pracuję nad sobą. miało być o zdrowiu, a to chyba są podstawy. myśleć dobrze, ogrzewać nerki, pisać, pozwalać sobie na więcej. trzymacie się ciepło?

im bardziej skupiam się na zdrowiu, tym bardziej czuję, jak niezdrowa jestem. odkrycie sprzed paru dni: w tym wieku człowiek już się psuje. a tak naprawę zepsułam się sama, jedząc i pijąc to, co zwykle. widzę efekty i mówię sobie: takie zwykle może być już tylko od święta. inna sprawa, że dzień po kuracji oczyszczającej wsuwam sernik z polewą czekoladową.

do rzeczy: oczyszczanie wątroby. pierwszy raz, ale nie ostatni (w końcu muszę się naprawić, chcę być po prostu zdrowa). może to aroganckie, ale uważam, że to dobra droga, żeby nie dostać raka - co w zasadzie jest mi (nam) pisane. baj baj, serniku, to ostatni kawałek (na ten tydzień, hehe).

wiem, że odstawię wszystkie leki. nie będę brać żadnych suplementów. może nie od razu, może nie na wiosnę, ale wkrótce. to dobry rok na odbudowę!


nie jest tak, że jestem super-niezdrowa. po prostu trzeba dokonać pewnej korekty. a tymczasem: skoro ja mam w sobie kamyki, no to błagam, ma je każdy, kto nie je vegan/raw/breathariańsko. więc: BEWARE! a na czym ta cała kuracja polega, może ktoś spytać. otóż nie jest lekko, ale i to nie wielkie poświęconko. mianowicie: piejmy sok jabłkowy (ale taki nie z koncentratu!) przez 6 dni, tak litr dziennie. myślę, że mam jakieś niedobory, bo piłam sporo i chciałam więcej. do tego: grapefruity i duuuuużo wody. do tego błonnik i inne łakocie, wstrzymujemy się od potraw zimnych/smażonych/nabiału/mięska itepe, co nie było problemem.

a 6 dnia rano... litr soku jabłkowego na raz! i konkretnie zabieramy się do rzeczy: można zjeść owsiankę albo warzywa, od 13:00 - NIC. i powiem wam, że to też no drama. ciężko robi się wraz z roztworem soli gorzkiej, którą pije się dwa razy wieczorem. na dobranoc sok z grapefruitów + oliwa (ilość znaczna...). i leżeć! nie ruszać się! spać! jeśli się da, hehs. ja zasnęłam... i śniło mi się granie w karty, praca, całkiem przyjemne sytuacje również. nowy dzień zaczynamy od znowu soli gorzkiej. a tak koło 12 można wypić wyciskany sok z pomarańczy (który smakuje wtedy po prostu bosko), zjeść świeże owocki, lekki obiadek. i może nie czujesz się wyśmienicie, ale jedno jest pewne: chociaż trochę jesteś zdrowsza.

zaręczam. teraz tylko muszę pić więcej kefirów, jeść jabłka (z pestkami!!!) i częściej rozmawiać z mądrymi ludźmi. tylko żeby nikt mi już nie prezentował serników ani czekolad...

nie będzie łatwo, więc wrzucam tylko ciekawszą część wykładu, która i tak trwa ponad półtorej godziny. jest o genetycznych modyfikacjach, fizyce kwantowej, biologii konwencjonalnej i o tym, jak środowisko oraz przekonania/postrzeganie wpływa na zdrowie. must-see!


nic dziwnego, że co rano czuję się gorzej i mam mniej energii. trochę się poddałam sytuacji i często używam słowa stres. teraz z całych sił - świadomie - będę tego unikać. szkoda, że koniec końców ochrona też się źle kojarzy...

luty, mimo że taki krótki, porządnie dał mi w kość (pierwszy siwy włos <nuci>) marzec na pewno będzie lepszy. już ja się o to postaram!

tymczasem można sobie podsumować: plusy minionego miesiąca są takie, że zaczęłam chodzić na taniec, co ładnie mnie rozciąga. co prawda wczorajsze zajęcia to był jakiś hardkor i bardziej mnie zirytowały niż rozluźniły, no ale zdarza się. luty miał być miesiącem bez nabiału i całkiem mi się udało (nie wspominam o tym, jak bardzo mam ochotę na twarożek w tym momencie. ale ale, już marzec, może się skuszę!). minusy to ogromny stres, ciągłe niewyspanie, dojadanie cudzych obiadów, zero codziennych ćwiczeń (tylko spacery) i wielka medytacyjna klęska. to tyle, co sobie obiecywałam.


myślałam też, że będę lepiej wyglądać, ale cóż. przy okazji wreszcie zmajstrowałam tonik z biochemii urody. jest dosyć inwazyjny (z kwasem salicylowym bha 2%), ale chyba tego jednak potrzebuję. ma złuszczać i regulować, a dzięki hydrolatowi lawendowemu też nieco uspokajać i regenerować. fajny dodatek to eko ekstrakt z rozmarynu, również antyseptyczny i łagodzący. używam dosyć krótko, ale widzę efekty i przede wszystkim nie wysusza skóry!

a mógłby, biorąc pod uwagę, że częściowo porzuciłam naturalne kosmetyki (pianka z pharmaceris zamiast mydła z aleppo, które takbardzośmierdziżeniepolecam), plus ten tonik i jeszcze clarins, a na ryj krem nawilżający z sylveco (brzozowy = chcę wszystko) albo aloesowy z alterry. czasem się maźnę serum winogronowym, czasem z rozpędu nasmaruję się olejem. aha, pewna mądra pani mi powiedziała, że nie powinnam używać non stop oleju kokosowego (chlip), bo skóra się przyzwyczaja i trzeba stosować płodozmian (dzięki bogu za rosmanika i balsam urea za 6 zyli). a czasem używam tego o:

 

raz, że biorę tabsy - liść oliwny - na odporność i ponoć pomaga przy problemach z cerą, dwa, że próbowałam pić olej z oregano (ale to jednak za wiele dobroci i nie mogę przełknąć, jeszcze o tym napiszę), trzy - maść kailas. ajurwedyjska. na wszystko co brzydkie i przeszkadza. konsystencja przedziwna, zapach również (ale z gatunku: chcę ciągle wąchać). krem z himalajskich ziół, o którym dowiedziałam się od urodowej bogini. obiecuje dużo dobrego, sprawdza się (jak na razie) umiarkowanie, niestety wcale nie wchłania się najlepiej, więc stosuję go wieczorami. byleby się zagoiło, co nie.

marzec będzie w porządku: postaram się bezglutenowo.

yep, już ponad miesiąc piję nasionka. oczywiście zdarzały się przerwy, zwłaszcza związane z hulactwem bądź gośćmi na chacie, ale staram się wchłaniać je regularnie. rano: błonnik, wieczorem: ostropest (zazwyczaj o nim zapominałam, przed snem czasem jestem tak zmęczona, że nie mam siły nawet kręcić młynkiem).

powiem wam jedno: działa! podobno torebka kosztuje mnóstwo siana, ale też cena gwarantuje jakość nasionek (bo te tańsze mogą być tylko małowartościowymi łupinkami). ostatnio moja mitkodieta kuleje, ale jak tylko minie najszczęśliwszy dzień tej zimy (TŁUSTY CZWARTEK DAWAJCIE PĄCZKI) to wracam do bezglutenu. posłuchałam sobie audycji o medycynie żywienia i jestem pewna, że to mi pomoże (stres też robi swoje, ale nie odetnę sobie rączek, głupia atopia).


błonnik oczyszcza jelita i usuwa toksyny, ale mam wrażenie, że tych toksyn we mnie jest morze (tak, poezja). bardziej interesuje mnie regulowanie poziomu cukru - stąd może moje wahania nastroju i napady słodyczowego głodu? ostropest z kolei działa na wątrobę (siema, nadużywanie leków!) wspomaga trawienie i neutralizuje wolne rodniki (spodziewany efekt: wieczna młodość).

spoczi spoczi, piję szejki (dodaję zimnej ziółkowej herbatki), ale w planach mam naprawdę wielkie próby oczyszczania. myślę sobie, ile złego w siebie pakuję (trudno nie przesiąkać beznadzieją). powiedzmy, że mogę jeszcze się ponaprawiać, więc w przyszłości skorzystam z: diety dr dąbrowskiej, gorzkiej soli oraz nalewki czosnkowej. tylko nie wszystko na raz, of kors! fajnie byłoby, gdybym nie oczyszczała się sama. aha, miałam mały kryzys, bo zaczęłam do nasionek dolewać oleju z oregano - przedobrzyłam dobro, aż dostałam dreszczy. fujka.

aaalbo po prostu wyjadę do australii. albo chociaż dołączę do ochotniczej straży pożarnej.

hej, halo! niedzielne wieczory są najtrudniejsze. czas spać, to pewne - wymagający tydzień przede mną, leniwe dwa dni za mną... staram się myśleć, że nie zmarnowane. na dobranoc przemyślenia o diecie paleo, która od początku mi się nie podobała.


mimo wszystko, zwłaszcza, że nawala mi tarczyca, mówię sobie: jedz tłuszcz. najchętniej jadłabym 2x awokado/dzień (ale czekam na przelew). naoglądałam się motywacyjnych tedów & blogów i wiecie co? myślę tak: we wrześniu zacznę studia dietetyczne, a do tej pory pracuję z całych sił nad sobą. żeby być najlepszym przykładem. the health coach, jea!

a niech to! ostatni dzień stycznia, dobry czas na podsumowanie dotychczasowych działań. na duży plus: ten oto blog. obiecałam sobie również miesiąc bez alkoholu - prawie się udało. w zasadzie luty również może być wyzwaniem. no, z dwoma, trzema odstępstwami... zdecydowanie nie udał się post co piątek - muszę to lepiej zaplanować. całkiem regularnie jem błonnik, nie piję niestety zbyt wiele wody, bo ciągle mi zimno = wchłaniam herbatki. zjadłam całkiem sporo kaszy jaglanej - zamiast tygodnia przeznaczam na to trzy dni w miesiącu. 

staram się nie zamęczać wyrzutami sumienia. nie ćwiczę ani nie medytuję (tak, myślę, że to mi bardzo pomoże). powód? wieczne niedospanie. mogę spać po 8 godzin, a to i tak za mało. muszę doczytać o tym - może to ma związek z tarczycą, glukozą. do nadrobienia w lutym. mniej słodyczy, więcej siły!

bez glutenu, ale czemu? kartka z takim tytułem wisi na mojej lodówce. przyczepiłam na niej też wyrwany z wysokich obcasów artykuł o krowim mleku i pszenicy. są tam też obrazki, pocztówki, kalendarz i parę rzeczy, które powinnam pamiętać. najwyższy czas się do tego zastosować!
bardzo możliwe, że moje usposobienie można wytłumaczyć... przeciwciałami, tarczycą, hashimoto. to w skrócie. nie rozpisując się na temat dolegliwości, podpowiadam (sobie) rozwiązania. klimat i tryb pracy być może uda się zmienić, ale póki co: dieta przede wszystkim.

potrzebuję słońca, ruchu i dobrego jedzenia. taka recepta na choroby z autoagresji. dla porządku przeklejam tabelki, które sobie skompilowałam. także co mam jeść?

 TAK

amarantus, gryka, karob
kukurydza, maniok, tapioka, proso
kasza jaglana
komosa ryżowa, ryż, sorgo, teff, topinambur
kasza gryczana
płatki ryżowe, skrobia kukurydziana, ryżowa i z tapioki, gotowe mieszanki mączne bezglutenowe, pieczywo i makarony z mąk bezglutenowych wykonane samodzielnie oraz kupne oznakowane znakiem „przekreślonego kłosa”, kaszki dla dzieci ryżowe i kukurydziane, chrupki kukurydziane, popcorn, owies bezglutenowy
(z zastrzeżeniami)
bułka tarta bezglutenowa
mleko świeże, mleko w kartonie,
mleko zagęszczane, mleko w proszku, kefir, maślanka, jogurt naturalny,
nieprzetworzony ser biały, żółty,
masło, smalec, margaryna, olej roślinny, oliwa z oliwek, herbata, kawa naturalna, soki owocowe, wody mineralne, kompoty,
napary z ziół, czyste alkohole
NIE

pszenica, jęczmień, żyto, owiec, orkisz
seitan
durum, kamut, semolina, kuskus
mąka pszenna, żytnia, jęczmienna,
płatki pszenne, jęczmienne, żytnie, owsiane, kasza manna
kasza jęczmienna
(pęczak, mazurska, perłowa)
musli, kasze owsiane
kaszki błyskawiczne zbożowe i mleczno–zbożowe
makaron pszenny, makaron żytni,
pierogi, pyzy, kopytka, naleśniki, pieczywo – każde – jeśli nie jest oznaczone jako bezglutenowe (chleb biały i razowy, bułki, bagietki, maca, pumpernikiel, pieczywo chrupkie, precle), pieczywo cukiernicze suche (herbatniki, ciastka, wafle, biszkopty, pierniczki, sucharki, paluszki itp.), ciasta, ciastka, drożdżówki, pizza, bułka do hamburgera, bułka tarta
zwykły proszek do pieczenia, napoje mleczne z dodatkiem słodu jęczmiennego, sery z niebieską pleśnią, kawa zbożowa, kakao owsiane, napoje słodzone słodem jęczmiennym, piwo

TAK

gotowana kapusta, brokuły, brukselka
truskawki, jagody, porzeczki
ryby słodkowodne
(pstrąg, szczupak, sandacz, łosoś, śledź, sardynki)
szpinak, sałata
jajka, masło
ryż, kasza gryczana, orkisz, amarantus
bezglutenowy makaron
olej lniany budwigowy, olej kokosowy
selen, witamina c, d i e, omega 3
zielona herbata – polifenol
białko dla sportowców – tyrozyna, CLA
awokado marchew, brzoskwinie, papryka, nasiona słonecznika, migdały, nasiona dyni
NIE

sól jodowana, ryby, jod
margaryna, ciastka
olej słonecznikowy, sojowy, kukurydziany
soja
surowa kapusta, brokuły, kalafior, kukurydza
orzeszki ziemne
mleko i przetwory
gluten
(owies, jęczmień, żyto i pszenica)

pierwsza tabelka to wiadomo, glutenix. druga to (nie)polecane produkty przy hashimoto. może nie być łatwo...

edit: bardzo pomocna strona!

Powered by Blogger.