Showing posts with label saturczakowe. Show all posts

może się zastanawiacie: a gdzie to się mitek szlaja przez tydzień? nie pisze, nie daje znaku życia. a jeszcze takie oto zdjęcia, bez makijażu i bez filtra wrzuca. no, no. co to za góry? wypad na weekend? otóż nie. SYLWESTER.




prawie 4 miesiące temu (omg), wioska dora. najcieplej nie było, łazienki nie było. nie zdecydowałam się wrzucać zdjęcia numer 4, gdyż na japie miałam widocznego wkurwa. a to się kiedyś rzadko zdarzało...

no właśnie. zastanawiałam się, czy o tym pisać, ale niech będzie. nie jestem jakąś wielką city girl, z sentymentem myślę o górach, morzach, wsiach i pustelniach. trudno mi znaleźć równowagę i emocje wychodzą w nie dość fortunnych sytuacjach. kto mnie zna, ten wie, że różne mam zajawki, a i historię rodzinną (dziadek bioenergoterapeuta) też w miarę ciekawą. także powiem tylko tyle: byłam sobie u pewnej pani, która doradziła mi dobre rzeczy. uważam, że wszystko jest w umyśle i samouzdrawianie to jest hot topic. zobaczcie na przykład, jak działa placebo! tak czy siak. pracuję nad sobą. miało być o zdrowiu, a to chyba są podstawy. myśleć dobrze, ogrzewać nerki, pisać, pozwalać sobie na więcej. trzymacie się ciepło?

HA, HA, HA. przez to wszystko nawet moje naczynia krwionośne dostały nerwicy. serio. tak to się nazywa, znana jest również pod nazwą choroby raynauda. w sumie nic strasznego oprócz tego, że okropnie często mam zimne/sine/zaczerwienione dłonie i stopy. mam pecha do chorób-które-biorą-się-z-nikąd-mogą-same-minąć-albo-i-nie.


no, przynajmniej wiem, jak to się nazywa i że nie oznacza nic poważnego. nerwica naczyń krwionośnych to specjalność dziewczyn z zimnych krajów. nie ma leków, pan doktor na pytanie: nic nie pomoże? odpowiedział: proszę zajść w ciążę. czasem pomaga.

lubię niedziele, dni wolne, kiedy mogę zostać w domu. codzienne wycieczki do warszawy czasem mogą zmęczyć, więc czasem zakładam brzydsze-ale-wygodniejsze okulary, zamiast warstwy makijażu - zostawiam na twarzy olej, a z szafy wyciągam stare legginsy i flanelową koszulę z przeceny. wyglądam jak cudak i dobrze mi z tym. 

jeszcze przed świętami udało mi się spędzić jeden z takich przyjemnych dni. zrobiliśmy obiad (zeszły rok, czyli pewnie makaron?), wykorzystaliśmy światło i pogodę, żeby wywiesić jedzenie dla ptaków.

teraz, chociażby tylko przy śniadaniu, obserwuję sikorki i sroki - głównie one częstują się ziarnami z tych siatek. może jeszcze drozdy i dzwońce, czasami... najprzyjemniej sprawdzać w albumie nieznane ptaki. może uda mi się kiedyś mieć parę własnych kur.

nie zostawiam ptakom chleba ani okruchów. nie karmię kaczek ani gołębi. rozwiesiłam przygotowane nasiona i orzechy. żeby tylko się nie rozleniwiły...



Powered by Blogger.