Showing posts with label ruch. Show all posts

sens prowadzenia tego bloga jest taki, żebym trwała w swoich dobrych nawykach, dzieliła się tym, motywowała samą siebie do bycia jeszcze lepszą/zdrowszą/spokojniejszą. mam nadzieję, że nie zarzucę tego.

tak więc czyszczę szafki z zachomikowanych pomysłów: wielki comeback siemienia lnianego, ostropestu i olejku oregano (zabójcza mieszanka), szczotka do szorowania ciała na sucho, rano nie znoszę tego zastania ciała, tak chyba zaczyna się starość, hehe. dlatego poszukałam sobie (ogrom czasu spędzam na jutubie) czegoś na poranny rozruch ciała. dwa nagrania tary stiles (lubię ją za głos i piękny wygląd, ale nadal to nie to, o co mi chodzi):





ale to zadziała tylko jako dodatek do tradycyjnego powitania słońca. żeby zrobić rano wszystko, na co mam ochotę, musiałabym wstawać chyba o 4 (zasypiam w okolicach północy). myślę, że to będzie dobry dzień.

aha, nie pamiętam, czy o tym pisałam: otwarte klatki przygotowują e-booki, które pomagają przejść na weganizm. ja się nie odzywam, bo wczoraj wsunęłam niezły kawał makreli (i byłam szczęśliwa), ale kiedyś to nadejdzie, z pewnością. sprawdźcie sobie! na stronie jest też do pobrania starter, na początek dobrej drogi. do tego rozpoczęła się druga edycja akcji adoptuj pszczołę. mam ich już trochę :)

jak powiedziałam, tak robię. wstaję, kiedy jest jeszcze ciemno (niedługo to będzie standard), próbuję nie zmarnować ani minuty, ale sami wiecie, jak to jest. jem gruszki, śliwki i kaszę gryczaną. mam OKROPNĄ ochotę na ciasto, ale postanowiłam sobie, że koniec, koniec, koniec. może przynajmniej kakao mi pomoże... jestem definitywnie uzależniona od cukru i nic z tego dobrego.

a rano... na razie na rozruch (tak szybko kostnieję) coś takiego:



niestety denerwuje mnie lektor nie-w-porę. do tego nie polecam porannego ćwiczenia w piżamie, można się zdekoncentrować bardzo łatwo. poszukam czegoś innego, jeszcze w planach na wieczór:




wkrótce będzie coraz gorzej z motywacją, ale przynajmniej próbuję. w kuchni: jarmuż, figi, makrela. najwyższy czas na jesienne porządki (wypić całe te błonniki i ziółka wreszcie...) 8 listopada to deadline wyglądania jak człowiek. joł!

a tak w ogóle to obczajaliście mój wywiad z kasią kniołą? od razu chce mi się bardziej starać... 

do tego odwiedziłam vege miasto na solidarności i powiem jedno: WRÓCĘ. PO. TE. DESERKI.

w poniedziałek był taki moment: najpierw szybki bieg przez jesienny park, później oddech na jodze, gdzie udało mi się docisnąć pozycję po raz pierwszy, w tym samym momencie zaczął padać deszcz i pomyślałam, że jestem szczęśliwa. (później, mimo pełni i nocnych spacerów, to się rozmyło). ale trzeba o tym pamiętać.



trzy dni z rzędu jem kaszę jaglaną na obiad. wielki gar+cebula+oliwki+ogórki ze słoika+przyprawy+olej lniany. szkoda, że się skończyło.

myślicie sobie: cisza, nudy, a ja tymczasem wkraczam na nowy level wariactwa. na razie chcę wszystko odespać i uporządkować, postępy w jodze są widoczne, domowy kompot z własnych porzeczek poprawia humor. dostałam też paczkę z nowymi kosmetykami, szykujcie się na serię zdjęć prosto z łazienki mitka. a tymczasem brak fot, bo może to was nieco odrzucić... (tak naprawdę jest pochmurnie, a model do wdzięcznych nie należy). oto bronisław. mój osobisty grzyb kombucha.

gdyby nie to, że mam go trochę z internetu, a trochę z otwocka, pewnie bym się nie odważyła. ale: okazja! co to jest? wygląda jak ufo-naleśnik. znajduje się w fermetacyjnym płynie, z którego się robi herbatę. żyje i trochę się go boję. jeszcze nie próbowałam.

pozwolę sobie zacytować: kombucha często zwana po polsku kombuczą to zdrowotny napój otrzymywany ze sfermentowanej herbaty. otrzymuje się go w wyniku umieszczenia grzyba herbacianego – tzw. matki w posłodzonej herbacie (najczęściej czarnej lub zielonej). jest to symbiotyczny układ bakterii i drożdży, które mają formę żelowej, elastycznej struktury, która przybiera kształt naczynia, w którym przebiega proces fermentacji. smak napoju jest lekko musujący i przypomina sok jabłkowy.

pije się go od tysięcy lat, więc chyba mogę mu zaufać? kombucha zawiera dużo witamin z grupy b, jest naturalnym detoksykantem i wspomaga układ trawienia dzięki tym wszystkim małym żyjątkom, które osiedlą się w nas (creepy). ponoć ma też właściwości antyrakowe, uaktywnia samoleczenie i tak dalej... a to jeszcze zabawne i w sam raz na teraz: kombucha ma być adaptogenem, czyli lekiem na traumatyczne przeżycia. z resztą, poczytajcie sobie sami.

zrobiłam herbatę w słoiku, posłodziłam, włożyłam grzyba bronisława (dziwny w dotyku...) i zostawiłam w szafce. zobaczę co u niego za tydzień. dopiero wtedy przesączę napój, wstawię do lodówy i tuż przed wyjazdem spróbuję. stay tuned!


a to jest film, na który pójdę sama do kina, a wychodząc zajdę do sklepu po buty do chodzenia po górach. na razie w planach: spływ kajakowy, spanie i ognisko na działce, rower do otwocka. ostatnio niewiele wychodzi, ale to trzeba. póki co jem okej (soczewicowy pasztet, żeby uszczknąć zapasów, fasolka szparagowa, nadziewane bataty, risotto kurkowe...) plus: umówiłam się na badanie volla.

olaboga! cisza spokój, wtem - post, i to z brzydkim zdjęciem. a owszem, nie mam siły udawać, że to jakieś fancy opakowanie i zaraz wysmażę tu fancy focię. nie. wydałam całkiem konkretne pieniądze na coś, co może i wygląda fatalnie, ale a) nie śmierdzi jak niektóre spiruliny, b) ma być lekiem na całe zło. na początku tylko słowo wyjaśnienia: piszę rzadko, ale oprócz wielkiej żywieniowej wtopy (WESELE), trzymam się całkiem nieźle: jeśli nie szejki, to awokado i migdały i kefiry, a teraz jeszcze tydzień oczyszczania wątroby (idzie mi całkiem nieźle, moje nowe ulubione połączenie to owsianka z nektarynkami oraz jaglana z burakiem, kiszonym ogórkiem i paprykowym pesto. mniam!), więc mam wrażenie, że wychodzi na plus.



trochę ćwiczę. ba! zaczynam już dotykać całymi stopami przy psie z głową w dół (joga wygrała z crossfitem na całej linii), widzę też, gdzie popełniam błędy. chciałabym chodzić na astangę 5 razy w tygodniu. w zasadzie, jak się uprę... z czego mogłabym zrezygnować?

ze snu? o, wstawać o piątej rano! jutro pierwszy dzień lata, dobrze by było wykorzystać przychylną porę roku. pracować, śmiać się, mieć czas i energię.

tymczasem: dosłownie parę nowości. zauroczenia i chęci, ważne słowa, kolejne decyzje (what to do). otóż co my tu mamy, to młody jęczmień! czysty sproszkowany sok z liści młodego jęczmienia. ponoć to prawdziwe cudo, pełna gama witamin, składników mineralnych, pierwiastków śladowych oraz aminokwasów. dużo magnezu, żelaza (może też dlatego nie mam anemii? ale anty-tpo wciąż niepokojąco wysokie...), potasu i wapnia. ma za zadanie przywracać równowagę kwasowo-zasadową, zapobiegać chorobom (polecany jest chorym na cukrzycę, zaburzenia pracy tarczycy HELL YEAH, anemię, miażdżycę, nadciśnienie oraz osteoporozę... ma sporo witaminy B w najróżniejszych jej wersjach, kwasu foliowego, choliny, witamin C i E. całkiem super. taki proszek miesza się z wodą, uzyskując soczek, i tu cytat: którego zawartość składników mineralnych i substancji odżywczych odpowiada składem 2 kg ekologicznie uprawianych owoców i warzyw!!! (te trzy wykrzykniki też tak były).

sami widzicie. nie rusza was to? ja się złapałam i mam nadzieję, że serio działa. przy okazji kupiłam też spirulinę w tabletkach (mam ją w redakcji, łykam po obiadku - przypomnijmy, dobre białko z glonów, oczyszcza krew, pomaga w transporcie tlenu, wspiera pracę serca, nerek i wątroby... podobno hamuje apetyt i dodaje energii, ale ja tego nie zauważyłam) oraz bardzo ciekawą książkę o holistycznym uzdrawianiu zaburzeń tarczycy. byłam też na wykładzie fundacji wiem co jem na temat zespołu jelita drażliwego - trochę zbyt długi i medyczny, ale posłuchać małgorzaty desmond zawsze fajnie. wnioski zarówno z książki, jak i z wykładu : gluten ble!

tak więc mam zamiar wydać sporo siana na badania nietolerancji pokarmowych. mam nową matę i gacie na jogę. super chodzić na zajęcia w towarzystwie martyni (go girl!). byleby się nie rozleniwić. dla przypomnienia, że człowiek potrafi wiele, video, o którym często myślę. wrzucałam już je tu zapewne, ale na pewno nie zaszkodzi zobaczyć jeszcze raz...


to będzie szybkie rozprawienie się z rzeczywistością. nagle i niespodziewanie rozpoczął się kolejny miesiąc. jeden z piękniejszych. równocześnie (to się nie zdarza) kwitną bzy i konwalie, trochę się obawiam, że nawet ich nie poczuję. pierwszy raz w życiu taka alergia. bleh. ale! pa pa, kwietniu!


plany były takie, żeby był to miesiąc czystości. nie za bardzo mi się udało. pod pozorem zupy cebulowej trochę białego wina poszło. w berlinie raczej się oszczędzałam. jest okej, ale hm... i nabiał, i parę śmieci się zjadło. samo się zjadło? tydzień weganizmu niestety przemilczę, ALE jest zdecydowanie lepiej. chociaż rybki wciąż jem i wciąż czuję, że potrzebuję. do tego 3-dniowa dieta jabłkowa nie zaistniała, przesunęłam ją na maj - po powrocie z izraela. 

w kwietniu królował zielony sok rano, trochę kiszonek, standardowy lancz to pomidor z mozzarellą. w pracy podjadam orzechy. wcale nie byłam na rowerze (chlip), nie za bardzo w lesie (ale ten spacer nad wisłę wynagradza wszystko), bieganie i medytacje - PFEH. z drugiej strony chodzę na basen, jogę, pilates, crossfit... (tak tak, piszę chodzę, chociaż powinno być zaczęłam i nie wiem, co dalej).

nie piszę o postanowieniach na maj, żeby nie zapeszać, jak tym razem. jakaś pokuta?

boję się w życiu paru rzeczy. choroby, oszustów, swoich błędów. boję się również jutrzejszych zakwasów.

cały dzień nosiłam ze sobą buty i stare dresy. myślałam, że nie dotrę. koniec końców znalazłam miejsce (zmyliły mnie plakaty na 1 maja), zeszłam do piwnicy i poszłam na swój pierwszy crossfit.


trochę czytałam o tym i stwierdziłam: spróbuję. no, cieszę się, że nie zemdlałam. ring, obciążenie (zaledwie 8 kg), trener gorila. robiłam jakieś 20% tego, co pozostali (jakie żylety!), ale i tak jestem z siebie dumna. nic prostego. trening wytrzymałościowy połączony z siłowym. miałam mroczki przed oczami. uhhh jaki ze mnie słabiak!

to już trochę kwestia przesuwania swoich granic. nie wiem, na ile to jest zdrowe.

guten abend! było wspaniale. w berlinie można być weganinem po taniości. problemem mogą być słodkie bułki krzyczące w każdym u-bahnowym tureckim kiosku. jadłam pyszne rzeczy (wietnamskie golden curry, przepyszny falafel, koreański bim bi bap), wytańczyłam się do techno prima sort, byłam na grillu na dachu kamienicy i leżałam na trawie w parku. kilometrów po mieście i muzeach nie liczę.


pułapki czyhające na mnie w berlinie są oczywiste. ożywiłam się. teraz trzeba jakoś przetransportować to w życie codzienne. małe wstrząsy po powrocie, ale trzymam się pamiątek, które przywiozłam z veganz.


co teraz? spać. brać kąpiel. czytać kolejny przewodnik.

trochę się narobiło! przeszłam od domu do wisły (16 kilometrów), a w międzyczasie kupiłam bilety do berlina (powinnam się właśnie pakować) i jeszcze jedne... daleko. tak więc torba ciągle pusta, pranie się robi, ale dobry film się sam nie obejrzy! w święta raczej się pilnowałam, myślę, że będzie dobrze. tym bardziej, skoro dziś poszłam i na pilates, i na jogę... zajęcia dla początkujących, a był niezły wycisk! tego mi brakowało.


zjadłam swój barszcz, swój pasztet, swoje ciasto. całkiem spoko. nie mogę powiedzieć, że niezdrowo. powiem wam tyle: dobrze czasem odziadzieć. zrobić coś ot tak. jechać. no to pa!

za 9 minut powinnam spać, więc sprawdźmy, czy da się tak szybko mi uwinąć. mam coś dobrego. pachnącego. działającego! olejek do mycia twarzy z biochemii urody aka cudo. mam zamiar nakupić opakowania na wszelki wypadek. na razie nie będę kombinować z niczym innym. polecam, gdyż: mam twarz SQUEAKY CLEAN, tylko mi te bliznusie zostały, dodatek naturalnego, pomarańczowego olejku eterycznego jest cudowny - zapach łagodzi napięcia nerwowe (!) i działa dezynfekująco. o właściwościach przeciwzmarszczkowych nie wspomnę, bo w zestawie jest też witamina E. jest mega łagodny, nareszcie moje powieki są w normalnym stanie i nie boję się, że odpadną. mimo, że to olejek, nie zatyka (ekhm, jego działanie nie jest komedogenne).


ps. od dzisiaj mam kartę benefit, więc po raz 2974910128 zaczynam nowe życie. nie mierzę się, nie ważę, nie planuję - po prostu za trzy miesiące mam nadzieję, że będę się lepiej czuć ze sobą, łatwiej będzie mi się wstawało i będę szczęśliwsza. stay tuned. na dobry początek byłam dziś na basenie - niezły ze mnie słabiak. na marginesie dodam, że mam zamiar poduczyć się pływać. i to wcale nie z powodu tego instruktora, który wygląda jak z żurnala. pewnie jest strasznym bubkiem... 

luty, mimo że taki krótki, porządnie dał mi w kość (pierwszy siwy włos <nuci>) marzec na pewno będzie lepszy. już ja się o to postaram!

tymczasem można sobie podsumować: plusy minionego miesiąca są takie, że zaczęłam chodzić na taniec, co ładnie mnie rozciąga. co prawda wczorajsze zajęcia to był jakiś hardkor i bardziej mnie zirytowały niż rozluźniły, no ale zdarza się. luty miał być miesiącem bez nabiału i całkiem mi się udało (nie wspominam o tym, jak bardzo mam ochotę na twarożek w tym momencie. ale ale, już marzec, może się skuszę!). minusy to ogromny stres, ciągłe niewyspanie, dojadanie cudzych obiadów, zero codziennych ćwiczeń (tylko spacery) i wielka medytacyjna klęska. to tyle, co sobie obiecywałam.


myślałam też, że będę lepiej wyglądać, ale cóż. przy okazji wreszcie zmajstrowałam tonik z biochemii urody. jest dosyć inwazyjny (z kwasem salicylowym bha 2%), ale chyba tego jednak potrzebuję. ma złuszczać i regulować, a dzięki hydrolatowi lawendowemu też nieco uspokajać i regenerować. fajny dodatek to eko ekstrakt z rozmarynu, również antyseptyczny i łagodzący. używam dosyć krótko, ale widzę efekty i przede wszystkim nie wysusza skóry!

a mógłby, biorąc pod uwagę, że częściowo porzuciłam naturalne kosmetyki (pianka z pharmaceris zamiast mydła z aleppo, które takbardzośmierdziżeniepolecam), plus ten tonik i jeszcze clarins, a na ryj krem nawilżający z sylveco (brzozowy = chcę wszystko) albo aloesowy z alterry. czasem się maźnę serum winogronowym, czasem z rozpędu nasmaruję się olejem. aha, pewna mądra pani mi powiedziała, że nie powinnam używać non stop oleju kokosowego (chlip), bo skóra się przyzwyczaja i trzeba stosować płodozmian (dzięki bogu za rosmanika i balsam urea za 6 zyli). a czasem używam tego o:

 

raz, że biorę tabsy - liść oliwny - na odporność i ponoć pomaga przy problemach z cerą, dwa, że próbowałam pić olej z oregano (ale to jednak za wiele dobroci i nie mogę przełknąć, jeszcze o tym napiszę), trzy - maść kailas. ajurwedyjska. na wszystko co brzydkie i przeszkadza. konsystencja przedziwna, zapach również (ale z gatunku: chcę ciągle wąchać). krem z himalajskich ziół, o którym dowiedziałam się od urodowej bogini. obiecuje dużo dobrego, sprawdza się (jak na razie) umiarkowanie, niestety wcale nie wchłania się najlepiej, więc stosuję go wieczorami. byleby się zagoiło, co nie.

marzec będzie w porządku: postaram się bezglutenowo.

metoda na patyczki <3


jak ktoś celnie zauważył, mój wyborny nastrój we wtorek był nieco podejrzany. wiadomka: skoro ryj mi się cieszy do obcych ludzi (no dobra, nawiązuję kontakt wzrokowy z przechodniami, bo niedowidzę i nigdy nie wiem, czy to ktoś znajomy czy nie), to następnego dnia trzeba będzie odchorować. ale! jest okej. dzisiaj, mimo wyrzutów sumienia, udało mi się wyrwać na współczesny od zera. mamy już niezłą chorełkę, no i kto by pomyślał, że potrafię tak wygiąć nogę? (przyda się, hehe). a wszystko w rytm:


trochę wygibasów i od razu lepiej się czuję. nie oszukujmy się, brakuje regularnej imprezy z tańcowaniem i trzymaniem się pod rękę.

Powered by Blogger.