Showing posts with label mitkodieta. Show all posts

zjebawszy, piszę dzisiaj. popełnione błędy są dwa: randka przeobraziła się w glutenowe szaleństwo, bo chociaż w tej nowej wege pizzerii na poznańskiej jest ciasto bezglutenowe, to akurat na tym spędzie NIE. a że byłam bardzo głodna, to wiadomix. później, hehe, jak to randka, czyli POPKORN W KINIE. co jest całkiem cudowne. a wczoraj... alkohol. na pewno nie była to jedna jednostka. trudno. to i tak już koniec roku, a więcej pijatyk nie przewiduję. zresztą, było co opijać!

kasza jaglana z kiwi na śniadanie. może przygotuję gar gryczanej z burakami - na wszelki wypadek, o.

może zróbmy tak: będę pisać o samych błędach. nie chce mi się pisać codziennie, że jadłam kaszę z warzywami. fajne jest to, że na prezentacjach, wigiliach itp. potrafię powstrzymać się od ciastek i chlebusia. oczywiście gorzej będzie na mityngach familijnych, ale co tam. dzisiejsze potknięcia: alkohol (maciupko! symbolicznie wręcz! w ogóle pomyślałam, żeby zmodyfikować zasady. jedna miarka alkoholu na jedno spotkanie towarzyskie. sounds good) oraz... no właśnie? chyba za dużo jem czekolady. gorzkiej, to prawda, ale chyba jednak za dużo. może mam niedobór magnezu, hie hie hie. no nie wiem. jest ok. nawet się wyspałam, bo z wielką niefrasobliwością stwierdziłam, że DZIŚ WENY MIEĆ NIE BĘDĘ, zresztą spanie jest tak dobre. kierunek: wanna.

aaa i wczoraj byliśmy w tym pierwszym rzędzie, bezglutenowy lancz bardzo w porządku, ale podobno zrobiłabym lepsze. miejsce do polecania. czystek już mi nie smakuje :< 

najlepsze są początki, kiedy jestem po prostu zajarana zdrowiem. jem kaszę, kaszę, kaszę oraz ryż i warzywa. piję czystek drugi dzień. do tego w józefowskim eko-sklepiku nareszcie można płacić kartą, więc poczułam się bogiem. awokado! surowe kakao! chleb z ziaren! eko-kiwi! tak więc od jutra wracamy do chlubnej tradycji zielonych soków. żebym jeszcze nie odsmażała jedzenia z wczoraj... aaaale ok. na ryj kładę olej kokosowy, śpię w innym pokoju, jest lepiej, pamiętam sny.

powoli zaczynam myśleć o przyszłym roku. nie są to postanowienia, raczej - kierunek. wskazówki. dzięki takiej metodzie całkiem sporo udało mi się osiągnąć w 2014, polecam. łatwiej się skoncentrować. trochę tego jest, ale nie mam zamiaru się przemęczać: byleby nie skarleć.

dzisiaj dojadałam curry, było też awokado na waflach (a na rumiku się przechwalam dietetyczną wiedzą, że to zło), jabłko (znowu zapomniałam zjeść pestek), kawa (!), ZERO PAPIEROSKÓW, a bardzo miałam ochotę. tak więc: jea! spoczko. o jutro się nie martwię, mam zapas jedzenia i, uwaga, idę na RANDKĘ, może wreszcie odwiedzę tę bezglutenową kawiarnię w teatrze powszechnym, skoro tam właśnie idziemy.

no dobra, cholera, nie robię już zdjęć na insta, to i tutaj będzie nudno. ale dla poprawności i OBIECAŁAM, więc: dzisiaj całkiem nieźle, wczorajsze curry (jogurt...? dobra, to ostatnia rzecz), jaglanka, ryż. i FRYTECZKI. zrobił je saturczak, więc były super. do sportów zaliczam chodzenie po stadionie w poszukiwaniu spódnicy idealnej (checked). z dobrych sprawek mam coś, co będzie mi przypominało o HARMONII. znowu piszę dziennik. znowu dbam. tak, tak, tak. a czystek całkiem smaczny. plus przeprowadziłam się z najgorszego pokoju w domu. będzie mi się lepiej spało, to pewne.

dzisiaj będzie dużo przekleństw, bo jestem na kacu i jestem wściekła. serio. już dosyć. wracam do turbo-zdrowia. teraz już bez żadnych ALE. zero nabiału, zero kurwa glutenu, zero alkoholu. NO WŁAŚNIE. zaczęłam zadawać się z ludźmi, którzy za dużo piją i jedzą mrożone pizze. koniec tego dobrego. trzeba się sobą zaopiekować, bo zaczynają mnie uczulać rzeczy nieuczuleniowe. plus CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE.

tak więc jakie plany? piciu: czystek. tzn. czysto, bo bezalkoholowo, i czystek, roślinka. codziennie będę pić z niej herbatę, która ma ponoć działanie antyhistaminowe (głupia wysypka), antyoksydacyjne i wzmacnia odporność. POTRZEBUJĘ TEGO NATYCHMIAST. ma też ładnie oczyścić z metali ciężkich, a ostatnio nie odmawiałam papieroskom. 



w tym roku pigwówki nie będzie, przegapiłam. może to i dobrze. okej. byleby konsekwentnie i wytrwale. no i dżoga. i wysypianie się, bo z tym ostatnio też słabo. za dużo pracy, za dużo garbienia się przed komputerem. obiecuję sobie i światu: znowu codzienne pisanie, obserwacja jedzeniowa, olejowanie, pisanie w dzienniku, spacery. 

będzie dobrze.

sens prowadzenia tego bloga jest taki, żebym trwała w swoich dobrych nawykach, dzieliła się tym, motywowała samą siebie do bycia jeszcze lepszą/zdrowszą/spokojniejszą. mam nadzieję, że nie zarzucę tego.

tak więc czyszczę szafki z zachomikowanych pomysłów: wielki comeback siemienia lnianego, ostropestu i olejku oregano (zabójcza mieszanka), szczotka do szorowania ciała na sucho, rano nie znoszę tego zastania ciała, tak chyba zaczyna się starość, hehe. dlatego poszukałam sobie (ogrom czasu spędzam na jutubie) czegoś na poranny rozruch ciała. dwa nagrania tary stiles (lubię ją za głos i piękny wygląd, ale nadal to nie to, o co mi chodzi):





ale to zadziała tylko jako dodatek do tradycyjnego powitania słońca. żeby zrobić rano wszystko, na co mam ochotę, musiałabym wstawać chyba o 4 (zasypiam w okolicach północy). myślę, że to będzie dobry dzień.

aha, nie pamiętam, czy o tym pisałam: otwarte klatki przygotowują e-booki, które pomagają przejść na weganizm. ja się nie odzywam, bo wczoraj wsunęłam niezły kawał makreli (i byłam szczęśliwa), ale kiedyś to nadejdzie, z pewnością. sprawdźcie sobie! na stronie jest też do pobrania starter, na początek dobrej drogi. do tego rozpoczęła się druga edycja akcji adoptuj pszczołę. mam ich już trochę :)

halo, jesień! cieszę się z tego. dzisiaj dzień jest po prostu cudowny (śniadanie na tarasie, pisanie przy otwartym oknie). nie piszę nie dlatego, że zarzucam pomysł, ale albo nie mam netu, albo czasu, albo siły bądź nowości, by się pochwalić. mało gotuję (dlatego dzisiaj przesiedziałam w kuchni), jem dosyć dobrze, głównie owsiankę/jaglankę z jesiennymi owocami. unikam chleba, nie piję mleka od dawna, kawy chyba od miesiąca. przez ten czas spotkałam wiele w jakiś sposób ważnych dla mnie ludzi (będzie wywiad z lidią popiel, kasią kniołą, michałem zygmuntem...), a na weekend wyjechałam do jeleniej góry. w dobrym towarzystwie chodziłam po parku zdrojowym, jadłam serniki krakowskie i leczyłam się pigwówką. wycieczkę zaliczam do wielce udanych.



kończy mi się benefit, z czego się w sumie cieszę. dzisiaj w planach i rower, i basen, i joga na macie. mam miejsce dla siebie w tym domu, nareszcie. czas sobie wynagrodzić. chcę ćwiczyć samodyscyplinę, nie potrzebować żadnych kart i wymówek. po powrocie (szykuje się niezły wyjazd-niespodzianka już za tydzień!) być może wrócę do szkoły astangi na gałczyńskiego - instruktor zawsze się przyda. na razie wierzę w spacery po lesie i wieczorne ćwiczenia z jutjuba. na pewno będę się dzielić.

a dzisiaj w kuchni: zupa krem z dyni oraz tort szpinakowy (dla pewnej solenizantki). krem wyszedł spoko, oto przepis (ale polecam dodać więcej dyni i marchewki): kilo dyni, 2 marchewki, por. to wszystko (pokrojone, oczywista) wrzucić na rozgrzaną oliwę i niech się robi. dodajemy starty świeży imbir, wszystko na dużym ogniu. dodajemy ok. 2 szklanki ciepłej wody, 2 łyżki soczewicy czerwonej (zielona też spoko), 3 łyżki sosu sojowego oraz nieco soku z cytryny. do tego jeszcze kurkumę (dużo! działa przeciwbakteryjnie i ponoć ma też właściwości przeciwnowotworowe), 4 łyżki kaszy jaglanej bądź poppingu z amarantusa. zostawiłam to wszystko to gotowania dosyć długo, fun fact: pachniało jak rosół babci jasi. jak marchew zmiękła, zmiksowałam i dodałam nieco mleka kokosowego (znalazłam w kartonie, jupi!). posypałam prażonymi pestkami dyni. that's all, folks!

na szpinakowy tort przepis podam jutro, jeśli wyjdzie. na razie ciasto jest w piekarniku (niestety wcale nie tak zielone, jak na zdjęciu), galaretka się chłodzi. póki jasno - jadę na rower.



ps. trochę kraje mi się serce, że teraz taka moda na pszczoły. jedna z tych moich kochanych rzeczy, które robią się trendi. ale to tylko wyjdzie światu na lepsze. i tak na razie nie mam możliwości mieć swojego ula. w przyszłym roku chciałabym dołączyć do pasieki miejskiej w domkach fińskich. to, oprócz islandii i korei, kolejny plan na 2015. będzie dobrze.

w poniedziałek był taki moment: najpierw szybki bieg przez jesienny park, później oddech na jodze, gdzie udało mi się docisnąć pozycję po raz pierwszy, w tym samym momencie zaczął padać deszcz i pomyślałam, że jestem szczęśliwa. (później, mimo pełni i nocnych spacerów, to się rozmyło). ale trzeba o tym pamiętać.



trzy dni z rzędu jem kaszę jaglaną na obiad. wielki gar+cebula+oliwki+ogórki ze słoika+przyprawy+olej lniany. szkoda, że się skończyło.

no no, doczekałam się ponaglenia! oto piszę. żyję, chociaż w niedzielę prawie nie zemdlałam od oczyszczania, a dzisiaj walnęłam głową o podłogę (bo nie potrafię stać na rękach). wbrew pozorom, wiele się dzieje (w ogóle w tym roku jakoś ciągle, coś, się, dzieje, prawda?), a ja nie mam ani zdjęć, ani czasu, żeby to jakoś ładnie spisać. dzisiaj daję sobie parę minut: do roboty!

otóż. kolejny raz to już NA PEWNO ostatni. mam dosyć tego całego oczyszczania. w ogóle to uważam, że nie ma we mnie już kamieni. ledwo żwirek. przeżyję.

zawsze po weekendzie u kuzynów wracam z dodatkową energią (oraz koszykiem pełnym łakoci - kto dzień po detoksie rzuca mnie na naleśniki i ciasto, ej, nie fair). mam chęć (!) robić dobrze, dbać i nie poddawać się. oddycham głęboko (jak tylko moje nozdrza na to pozwalają) i cieszę się z zwykłych rzeczy. dzisiaj rano obudziłam się przed budzikiem, wyszłam na ogródek poskakać na skakance, rozpoczęłam squat challenge. zjadłam jaglankę, zrobiłam szejkuś dla dwojga (w ogóle to przestrzegam przed dodawaniem do smutis zbyt dużej ilości młodego jęczmienia - bardzo wpływa na smak, napój robi się kwaskowaty i jakby musujący, co nie pasuje do zieleniny). po pracy - dżoga. i powiem wam, było hardo, bo raz, że dawno nie ćwiczyłam, dwa, że poszłam na vinyasę do kobiety, której nie znałam. niektórych rzeczy nigdy nie próbowałam. co to za pozycje! jeju, byłam najgorszą ciapą na całej dzielni! ale to nic, przynajmniej widziałam, że mimo przerwy, postępy są.

zaczęłam też kurację antypasożytową. przez 8 dni, wieczorem, trzeba pić kubek naparu (1/2 łyżeczki piołunu, 1 łyżeczka mięty, 1/2 łyżeczki kurkumy, a ja jestem prymuską i dodałam jeszcze łychę orzecha włoskiego). wypiłam dziś i było OBRZYDLIWE. ale wiadomo, że syropkiem to tego nie załatwię. dla zainteresowanych tematem: polecany jest orzech czarny, ale w mojej zielarni tego nie mieli. na rano polecany jest citrosept. uważam, że to opcja dla słabiaków i zażyję oregasept (tak naprawdę mam to w szafce, również niesmaczne, ale przynajmniej oczekuję lepszych efektów). i za dwa tygodnie taką przyjemność powtórzę. mam nadzieję, że dam radę!

a tu, proszę bardzo, lista pokarmów przeciwpasożytniczym: burak, kapusta, marchew, czosnek, por, cebula, rzodkiew, szczaw <3, szczypior, papryka, pietruszka, seler (surowy, ble). z innych takich: koper, goździki, pieprz kajeński, szałwia ogrodowa, imbir, chrzan, tymianek, kminek, curry, cynamon, kurkuma, gorczyca. 

obiecuję sobie: codziennie kefir (dla brzusia), jabłko Z PESTKAMI (dla bezpiecznego jodu), nigdy nie brać już suplementów z witaminami, płukać usta olejem (akurat mi się lniany skończył, demmm), szczotkować się na sucho (jeśli się wyśpię...), a po skończonej kuracji naparowej spróbować nalewki czosnkowej. voila!

do przemyślenia: na tarczycę może wpływać duża ilość chloru i/lub fluoru w wodzie. może trzeba będzie pomyśleć o filtrach na prysznic. co myślicie o tym jedzeniu w ciągu 8 godzin? wymagałoby to ode mnie żarcia w godzinach 8-16, czyli żadnych romantisze kolacji. chyba się nie skuszę.

ale mi się napisało! i zapomniałam wam powiedzieć, co z bronisławem: spróbowaliśmy, nie było złe, taka dziwna, zbyt intensywna kola, ale świadomość, że ten grzyb siedzi mi w kuchni źle na mnie oddziaływała. rozstaliśmy się w zgodzie.

moi drodzy, wiem. według niektórych już za bardzo popłynęłam, ale kompletnie mi to nie przeszkadza! traktuję to trochę z przymrużeniem oka, chociaż przecież jestem w 100% przekonana. dzisiaj byłam u lekarza u szarlatana na badaniach voll'a. co prawda ta placówka reklamuje się hasłem medycyna XXII wieku i w ulotce miała literówkę, ale co tam. chcecie wiedzieć, na czym polega diagnostyka EAV? no dobra, w skrócie, bo sama nie za bardzo czaję: wykorzystując meridiany (tu się kłania chińska medycyna, akupunktura i te sprawy), przez które przepływa energia (stary dobry prąd) sprawdza się, gdzie jest spadek energii = zator = problem. co mi wyszło?


otóż jest całkiem okej! sprawdziły się pewne sprawki, które już znamy (autoagresja, wątroba, śledziona intensywnie pracuje, ale to dobrze), alergie mnie zaskoczyły (z pokarmowych: tylko krowie mleko! plus, muszę sprawdzić, kiedy kwitnie leszczyna...), reszta umiarkowanie. jeśli chodzi o gluten, to toleruję, ale... mam go w sobie zdecydowanie za dużo. jak już pozbędę się nadmiaru, co jakiś czas zje się pizzunię albo porządną pajdę... co ważne: zmienić środek piorący (jelp? orzechy? anyone?). i prać często pościel. hmhmhm.

tak czy siak, wiele się zgadza i nie żałuję tej wycieczki. zawsze coś nowego. na do widzenia dostałam kartkę z wypisem, co mi dolega, diagnostykę organizmu (wszelkie nadczynności i niedoczynności), a także małe ksero z poradami, które dobrze już znacie. wykaz produktów z glutenem bądź bez, tabelka o kwasotwórczych i zasadotwórczych produktach... powinnam być na 8-tygodniowej diecie bezglutenowej na hardkorze. z rzeczy, o których jeszcze będę pisać: klasyfikacja żywności dla prawidłowego łączenia produktów (ląduje na lodówce - fajnie, nigdy mi się nie chciało robić tej tabelki!) oraz wskazówki, jak oczyścić się z różnych nieprzyjemności, które każdy z nas nosi. hint: będzie o gorzkich, niesmacznych naparach. no już nie mogę się doczekać... (ale najpierw: wycieczka).

nie mam adekwatnych zdjęć, bo ten deser znika w minutę. nie przesadzam. pachnie pysznie, jest super prosty i smakuje tak, że ma się ochotę jechać na rowerze do sklepu 24h, który będzie miał w ofercie gruszki, rabarbar i gorzką czekoladę. tylko tyle wystarczy!



zdjęcia prawie nie na temat, ale jednak! czarna, mocna kawa z kardamonem (ścieżka dźwiękowa z assassin's creed, nawoływania muezinów), przyprawy, z których po lotniskowym rajdzie pozostały mi mieszanki do szakszuki i perskiego ryżu. 

a deser? maia wie najlepiej. dusić na patelni gruszki, dodać szczyptę cynamonu, kawałki rabarbaru, jeszcze chwila na patelni... jak zaczną się rozpadać - zmiksować na mus. polać roztopioną w rondelku czekoladą. nie poparzyć sobie gęby. tak się cieszę z tego maja!

to będzie szybkie rozprawienie się z rzeczywistością. nagle i niespodziewanie rozpoczął się kolejny miesiąc. jeden z piękniejszych. równocześnie (to się nie zdarza) kwitną bzy i konwalie, trochę się obawiam, że nawet ich nie poczuję. pierwszy raz w życiu taka alergia. bleh. ale! pa pa, kwietniu!


plany były takie, żeby był to miesiąc czystości. nie za bardzo mi się udało. pod pozorem zupy cebulowej trochę białego wina poszło. w berlinie raczej się oszczędzałam. jest okej, ale hm... i nabiał, i parę śmieci się zjadło. samo się zjadło? tydzień weganizmu niestety przemilczę, ALE jest zdecydowanie lepiej. chociaż rybki wciąż jem i wciąż czuję, że potrzebuję. do tego 3-dniowa dieta jabłkowa nie zaistniała, przesunęłam ją na maj - po powrocie z izraela. 

w kwietniu królował zielony sok rano, trochę kiszonek, standardowy lancz to pomidor z mozzarellą. w pracy podjadam orzechy. wcale nie byłam na rowerze (chlip), nie za bardzo w lesie (ale ten spacer nad wisłę wynagradza wszystko), bieganie i medytacje - PFEH. z drugiej strony chodzę na basen, jogę, pilates, crossfit... (tak tak, piszę chodzę, chociaż powinno być zaczęłam i nie wiem, co dalej).

nie piszę o postanowieniach na maj, żeby nie zapeszać, jak tym razem. jakaś pokuta?

uf, to pierwsze tak pracowite święta. zazwyczaj spędzałam je u dwóch babć, teraz trochę obowiązków przejmuję ja. pierwszy barszcz (nie jestem przekonana), święconka przygotowana razem z siostrą, wykopany z ogródka chrzan, a zamiast mazurków, za którymi nie przepadamy - ciasta. pochwalę wam się, co zrobiłam!



nie robię nic na siłę, przynajmniej się staram, bo świąteczna paranoja jest blisko. potrzebowałam coś do chleba (glutenowe szaleństwo, nie czytajcie tych gazet!), tak więc zrobiłam super szybką pastę z fasoli i maku. nie miksowałam po raz drugi, żeby było widać maczkowe kropki. jest nieco gorzka - dodałam chyba za dużo oliwy. ale na błędach się człowiek uczy - na drugie śniadanie jak znalazł. zrobiłam również pasztet z soczewicy, ale nie ten, co zwykle, tylko pierwszy przepis z książki ani włodarczyk. wstyd się przyznać, ale nie raz (!) popłakałam się czytając zapach truskawek. to nie jest książka kulinarna. zrobiłam z autorką też mikrowywiad. o barszczu już mówiłam, ale nie jestem przekonana do smaku, zobaczymy jutro...


nie chciałam też przesadzić ze słodyczami, bo wiem, że będzie ich zatrzęsienie. także zrobiłam coś, co może stać i jest coraz smaczniejsze, a do tego jest bardzo łatwe - ekspresowe wegańskie ciasto czekoladowo-bananowe. w te święta będę jadła mnóstwo niekoniecznie zdrowych rzeczy (majonez i słodycze amamam), więc sama wolałam zrobić coś na lajcie. wieczorem jeszcze zrobię ten niby-mazurek, dużo tu bakalii i innych zdrowoci, nawet, jeśli nie wyjdzie, będzie ok.


poza tym dwa tekściki w zwykłym życiu (niezmiennie polecam), nowa sukienka i plany. cieszę się ze słońca. siostra przywiozła mi z rzymu grzybowe pesto truflowe. chyba zeżremy po prostu na grzankach! mam nadzieję, że dobrze spędzacie święta - jakkolwiek by nie było, spacer ze święconką to miła tradycja.

zaczynam kwiecień raczej dobrze. pierwsza połowa dnia super intensywna, ale jak znalazłam się w domu... no właśnie. naprawdę nie wiem, czy zielone smuti działają, czy mam aż taki deficyt energii. ale wywiad zrobiony, tarta upieczona, mleko wypite...


zdradzę wam coś: moim guilty pleasure jest kasza manna. o, taka ciepła papka z odrobiną soli i cukru... często szykuję ją na śniadanie mojej babci. ledwo się powstrzymuję przed podjadaniem! ale trzymam się w ryzach, wizualizując sobie, jak to krowie mleko oblepia mnie od środka. jeśli kawa - czarna. jeśli kakao - na mleku ryżowym. w rosmanie była przecenka, to zaszaleliśmy. ale kiedy mam chwilę, to robię najfajniejsze mleko. swoje - kokosowe!


kokomleko robi się tak: zalewam wodą wiórki kokosowe. nie będę podawać proporcji, bo robi się na oko. zostawiam na parę godzin (co najmniej dwie, ale to i tak najszybciej z wszystkich mlek roślinnych!). i wiórki, i wodę wrzucam do blendera, dodaję smakołyki (czarny sezam na obrazku, syrop z agawy, cynamon, kardamon, takie wiecie sami.). miksuję. przelewam do ładnej szklanej butelki, co nie jest proste: trzeba odsączać mleko z papki kokosowej. ja robię tak: na małym sitku układam trochę gazy i miarowo odciskam. nie jest tego sporo, ale też trzeba szybko wypić. bardzo lubię potrząsać rano butelką, żeby zmieszać warstwy. kokomleka używam do szejków, jaglanki, kawy zbożowej. kakao jest takie sobie. ale ile satysfakcji!

ps. resztki w postaci papki kokosowej ponoć można dodawać do ciast, ale ja jakoś jeszcze tego nie ogarnęłam.

ps2. aha, w sumie wiem, dlaczego druga część dnia minęła mi niepostrzeżenie. trafiłam na kolejnego zdrowoblogaska, który ładnie ustawia głowę, a później jeszcze znalazłam książkę ewy dąbrowskiej online... a nadal czytam też jillian! i robię notatki, żeby podzielić się wiedzą, a co.

dobry żart! jutro kwiecień. kolejny miesiąc, który minął niepokojąco szybko (trzeba coś zmienić). czas na rozliczenie się z planów... oczywiście, dosyć szybko zarzuciłam pomysł 30 dni bez kawy. po beznabiałowym lutym za bardzo rozszalałam się z kefirami i serem (twarożek z rzodkiewką, anyone?). miało być bez glutenu, ale... hm, tak pozytywnie: powiedzmy, że unikam. makaron, chleb albo ciacho na jakiś czas. może spróbuję robić sobie bezglutenowy tydzień i tak będzie łatwiej. po prostu nie udaje mi się planować posiłków. i nie umiem odmawiać, haha.


a co dobrego? byłam u terapeutki, na spacerach w lesie... ogarnęłam parę psychicznych burdeli. marzec zapamiętam jako czas wychodzenia, umytych okien i porządków. mam swoje narzędzia. kwiecień będzie wspaniały, prawda?

oczyszczanie + 3 dni diety jabłkowej + codziennie gimnastyka + więcej spacerów, słońca, owoców, warzyw + bez pieczywa + tydzień weganizmu + dużo małych radości

jak pięknie! pogoda sprzyja dobrym myślom i działaniu. wysprzątane, okna umyte, pranie zrobione - ba! nawet pożyczyłam żelazko i nie zawaham się dziś go użyć... weekend spędzam na spacerach, czytaniu i wracaniu na dobre tory. odgruzowuję się z niepotrzebności. jedna z dobrych rzeczy, które wciąż znajdują się w mojej apteczkoszafce. olej z oregano.


użyłam i odstawiłam, tak mnie odrzuciło. ale powoli, jednak dobrocie>właściwości smakowe. oregano jest bogate w fenole, fitosterole, witaminy A i C oraz sole mineralne. olejek uzyskiwany jest z rośliny najlepszej jakości z rejonu morza śródziemnego (ah, znaleźć się tam teraz...) wchłania się lepiej niż kapsułki. nie stosowałam jeszcze inhalacji, ale na pewno spróbuję!

no i co to takiego daje? oczywiście wspomaga wątrobę, jelita i układ krążenia, oddechowy (to te inhalacje) i nerwowy, co mnie bardzo interesuje. bonus: środek odmładzający! polifenole są też przydatne przy odchudzaniu, ale nic o tym nie wiem, heh. olejek z oregano pomaga w higienie jamy ustnej.

4 krople rozcieńczam w ok. 1/3 szklanki wody (w sumie spróbuję w czymś, co ma smak, żeby było łatwiej). zalecana dawka to 3-4 dziennie, ale ja nie dam rady na bank... o! teraz doczytałam na ulotce, że dobre rezultaty daje rozcieńczanie w maślance, jogurcie i kefirze, a nawet z serkiem homogenizowanym. sounds good.

z ciekawostek na dzisiaj: zielony dżemor. myślicie sobie: agrest? zielone jabłka? jakieś syntetyczne badziewie? wcale nie - cukinia! smarowidło z cukinii jest słodkie, dobre i w ogóle zabawne. dostałam w haraczu za czynsz, hehe. jak tylko zdobędę przepis, podzielę się. tymczasem mnóstwo dziwadeł można znaleźć w książce, którą dostałam również, czyli z działki, z lasu i takie tam agaty królak. sam tytuł mówi, że to coś dla mnie...


jak na razie nic nie zrobiłam, ale plany są wielkie. lubię po prostu przeglądać książki kucharskie, jak np. z podróży jamie'go olivera (kolejny gift, jestem szczęściarą). żeby nie było że jestem heltifrikiem: w ramach romantycznej randki wpieprzyłam pół pizzy i analogicznie pół butelki wina wczoraj w nocy. bardzo tego potrzebowałam!

niedziela, deszcz, nie pozostaje mi nic innego (oprócz pracy i snu), więc zabieram się za odpowiedzi na wspomnianą ankietę:

jaki jest twój ulubiony film? eee chyba spirited away, w sumie (to wcale nie dla dzieci)
idealna sałatka to wg ciebie ... z awokado, awokado i awokado
kto inspiruje cię najbardziej do praktykowania zdrowego stylu życia? mój niewidzialny kumpel hashimoto
najpiękniejsze miejsce, w którym byłaś? plitvicka jezera!
twoja ulubiona część ciała? plecy
co dla ciebie oznacza pewność siebie? niegarbieniesię
bez czego nie mogłabyś żyć? bez przesady
jedzenie, za którym tęsknisz na diecie? nie tęsknię, jem
co najbardziej motywuje cię do ćwiczeń? to pytanie zakłada, że ćwiczę. (wymowny wzrok)
twój ulubiony blog? a well traveled woman
najlepsze śniadanie to...? awokado do łóżka plus słowo "pozmywałem"


otóż jest dosyć nietęgo, ponieważ mam wrażenie, że zamiast dnia mam chyba tylko przedpołudnie. później już tak szybko mija czas, że znowu budzę się o 6:00. na szczęście za oknem wiosna (dopiero dzisiaj zobaczyłam, że wzeszły już tulipany, a borówka ma pączki) i trochę, troszeńkę łatwiej wstać. tylko żeby jeszcze zdążyć zrobić cokolwiek znaczącego.


dużo pracy, ale to dobrze. z rzeczy, o których lubię mówić - skrobnęło się o czymś dobrym. większość łakoci spałaszowaliśmy w redakcji, dla siebie zagarnęłam olej rydzowy. na razie wykorzystuję wielką butlę oleju lnianego (dieta doktor budwiiiiiig - śpiewam na nutę jakiej to melodii), a ten olej tylko do pro posiłków. a ponieważ owych brak, to dodaję do zielonych soków. ostatnio, z braku laku, dodaję do nich  też pietruszki, FUJ.

w każdym razie cud miód polecam z głębi serduszka. czego nie polecam? mikrofali. przestałam używać tej w biurze. piję dużo kefirów, dzisiaj zrobiłam nawet podejście do soku z kiszonej kapusty, ale... nie, no, są granice, serio. zostaję na kefirowym levelu.


tymczasem walka o znośną cerę trwa - miałam kryzys tożsamości i nawet rozmyślałam o antybiotykach, ale po prostu czekam, aż toksyny ze mnie wyjdą i stosuję ocm+żywokost+brak kremu/tylko serum+liść oliwny+tonik bha. czy tylko ja mam wrażenie, że to sporo i powinno zadziałać? ehhh. jak będzie lepiej, to na pewno opiszę, jak sobie poradziłam. czekam.

aha i zostałam wybrana do odpowiedzi na ankietę, czuję się jak PRAWDZIWA BLOGERKA! heh. napiszę, a co tam ;)

im bardziej skupiam się na zdrowiu, tym bardziej czuję, jak niezdrowa jestem. odkrycie sprzed paru dni: w tym wieku człowiek już się psuje. a tak naprawę zepsułam się sama, jedząc i pijąc to, co zwykle. widzę efekty i mówię sobie: takie zwykle może być już tylko od święta. inna sprawa, że dzień po kuracji oczyszczającej wsuwam sernik z polewą czekoladową.

do rzeczy: oczyszczanie wątroby. pierwszy raz, ale nie ostatni (w końcu muszę się naprawić, chcę być po prostu zdrowa). może to aroganckie, ale uważam, że to dobra droga, żeby nie dostać raka - co w zasadzie jest mi (nam) pisane. baj baj, serniku, to ostatni kawałek (na ten tydzień, hehe).

wiem, że odstawię wszystkie leki. nie będę brać żadnych suplementów. może nie od razu, może nie na wiosnę, ale wkrótce. to dobry rok na odbudowę!


nie jest tak, że jestem super-niezdrowa. po prostu trzeba dokonać pewnej korekty. a tymczasem: skoro ja mam w sobie kamyki, no to błagam, ma je każdy, kto nie je vegan/raw/breathariańsko. więc: BEWARE! a na czym ta cała kuracja polega, może ktoś spytać. otóż nie jest lekko, ale i to nie wielkie poświęconko. mianowicie: piejmy sok jabłkowy (ale taki nie z koncentratu!) przez 6 dni, tak litr dziennie. myślę, że mam jakieś niedobory, bo piłam sporo i chciałam więcej. do tego: grapefruity i duuuuużo wody. do tego błonnik i inne łakocie, wstrzymujemy się od potraw zimnych/smażonych/nabiału/mięska itepe, co nie było problemem.

a 6 dnia rano... litr soku jabłkowego na raz! i konkretnie zabieramy się do rzeczy: można zjeść owsiankę albo warzywa, od 13:00 - NIC. i powiem wam, że to też no drama. ciężko robi się wraz z roztworem soli gorzkiej, którą pije się dwa razy wieczorem. na dobranoc sok z grapefruitów + oliwa (ilość znaczna...). i leżeć! nie ruszać się! spać! jeśli się da, hehs. ja zasnęłam... i śniło mi się granie w karty, praca, całkiem przyjemne sytuacje również. nowy dzień zaczynamy od znowu soli gorzkiej. a tak koło 12 można wypić wyciskany sok z pomarańczy (który smakuje wtedy po prostu bosko), zjeść świeże owocki, lekki obiadek. i może nie czujesz się wyśmienicie, ale jedno jest pewne: chociaż trochę jesteś zdrowsza.

zaręczam. teraz tylko muszę pić więcej kefirów, jeść jabłka (z pestkami!!!) i częściej rozmawiać z mądrymi ludźmi. tylko żeby nikt mi już nie prezentował serników ani czekolad...

stało się: potrzeba leków na całe zło, które aktualnie atakuje mnie od wewnątrz. z tego wszystkiego trochę się poddałam i proszę bardzo. choruj sobie. szkoda, że nie mogę przeleżeć w dresie cały dzień i czekać na dostawy herbat z imbirem prosto do łóżka. jak na złość, sama w domu, nie licząc innych chorych.


tak więc chwytam się starych sposobów: nacieranie amolem (seksi)! syrop z cebuli (mniamka)! jaglanka i len! (say what?) no właśnie. len na wszystko.

oprócz tego, że siemię lniane dobrze wpływa na trawienie i w ogóle drogi śluzowe (gardziołko czeka), to zawiera sporo witaminek: A, E, F oraz kwasów omega 3 i 6. koi stany zapalne. dobre jest dla wszystkich, których boli brzusio - ba, nawet ma leczyć wrzody! - ja piję prewencyjnie, o tak: dwie łyżeczki sproszkowanego zalewam wrzątkiem, trochę odczekam i chlup! a także dodaję do zielonych szejków - ile mi się sypnie. nie rozumiem marud, które nie potrafią przełknąć zglutowanego lnu. wcale nie jest taki zły. całe nasionka dodaję do jaglanki, ryżu, czegokolwiek.

Powered by Blogger.