Showing posts with label nasionka. Show all posts

sens prowadzenia tego bloga jest taki, żebym trwała w swoich dobrych nawykach, dzieliła się tym, motywowała samą siebie do bycia jeszcze lepszą/zdrowszą/spokojniejszą. mam nadzieję, że nie zarzucę tego.

tak więc czyszczę szafki z zachomikowanych pomysłów: wielki comeback siemienia lnianego, ostropestu i olejku oregano (zabójcza mieszanka), szczotka do szorowania ciała na sucho, rano nie znoszę tego zastania ciała, tak chyba zaczyna się starość, hehe. dlatego poszukałam sobie (ogrom czasu spędzam na jutubie) czegoś na poranny rozruch ciała. dwa nagrania tary stiles (lubię ją za głos i piękny wygląd, ale nadal to nie to, o co mi chodzi):





ale to zadziała tylko jako dodatek do tradycyjnego powitania słońca. żeby zrobić rano wszystko, na co mam ochotę, musiałabym wstawać chyba o 4 (zasypiam w okolicach północy). myślę, że to będzie dobry dzień.

aha, nie pamiętam, czy o tym pisałam: otwarte klatki przygotowują e-booki, które pomagają przejść na weganizm. ja się nie odzywam, bo wczoraj wsunęłam niezły kawał makreli (i byłam szczęśliwa), ale kiedyś to nadejdzie, z pewnością. sprawdźcie sobie! na stronie jest też do pobrania starter, na początek dobrej drogi. do tego rozpoczęła się druga edycja akcji adoptuj pszczołę. mam ich już trochę :)

obiecuję sobie robić więcej zdjęć, żeby w sytuacjach kryzysowych (dzień dobry znów) je wykorzystywać. inaczej kończy się na tym, że mówię sobie: przecież nie będę wrzucać samego ględzenia. ale nie! tak ma nie być! cytując szwedzkie przysłowie z jeszcze niewydanej książki (ah, ten splendor szczotek korektorskich): mniej obaw, a więcej nadziei. mniej jedzenia, a więcej przeżuwania. mniej narzekania, więcej oddychania. mniej gadania, więcej mówienia. więcej kochania. rób to, a wszystko, co dobre, będzie twoje.

jedno z moich ulubionych słów to lagom - w sam raz. na razie albo mam za mało (czasu, energii) albo za dużo (obowiązków, zmartwień). to sytuacja zastana, ale dzisiaj pierwszy raz udało mi się nad tym zapanować (co prawda mogło to wyglądać jak klasyczny foch). w planach na weekend: mycie okien, spacer po lesie (w poszukiwaniu otoczaków, które będą grzać mi później nerki), upieczenie czegoś dobrego (ostatnio żywię się waflami ryżowymi w czekoladzie - mój wygląd to nie niespodzianka), może nawet zobaczymy nowy film wesa andersona, którego kocham miłością wierną.


z rzeczy, którymi mogę się podzielić i poczuć, że robię dobrze - przecena w rosmanie na mleko ryżowe! <3 upolowałam ten antyseptyczną maść himalaya. wyczerpuję kosmetyki, mam już listę na nowe zakupy w biochemii urody. przygotowuję się do miesiąca czystości. 

tymczasem dalej bawię się w zielarkę (niestety nic nie uprawiam, choć bardzo chcę) i proszę państwa, oto kozieradka. hit włosomaniaczek! ma również właściwości tuczące (!), ale ja stosuję ją tylko zewnętrznie. nasiona kozieradki zalewamy wrzątkiem, otrzymany napar wcieramy w głowę, włosy rosną jak szalone. minus: zapach, trochę jak hmmmm kurczak curry? odkąd nie mieszkam sama - odpada. miksturę powinno trzymać się w lodówce, a ponieważ rzadko do niej zaglądam, zapominam, że stoi tam i kozieradka, i żywokost, i olej lniany... demit. co ciekawe, nawet nie wypadają mi tak włosy jak zawsze, ale podejrzewam, że główną przyczyną jest ich drastyczne przycięcie. 

jeśli chodzi o tonik, to lepiej rozcieńczać wodą na pół. w sumie fajnie, że sobie o tym przypomniałam. inne dobroci to dzikie pszczoły, nowy kubek i przesyłki.

im bardziej skupiam się na zdrowiu, tym bardziej czuję, jak niezdrowa jestem. odkrycie sprzed paru dni: w tym wieku człowiek już się psuje. a tak naprawę zepsułam się sama, jedząc i pijąc to, co zwykle. widzę efekty i mówię sobie: takie zwykle może być już tylko od święta. inna sprawa, że dzień po kuracji oczyszczającej wsuwam sernik z polewą czekoladową.

do rzeczy: oczyszczanie wątroby. pierwszy raz, ale nie ostatni (w końcu muszę się naprawić, chcę być po prostu zdrowa). może to aroganckie, ale uważam, że to dobra droga, żeby nie dostać raka - co w zasadzie jest mi (nam) pisane. baj baj, serniku, to ostatni kawałek (na ten tydzień, hehe).

wiem, że odstawię wszystkie leki. nie będę brać żadnych suplementów. może nie od razu, może nie na wiosnę, ale wkrótce. to dobry rok na odbudowę!


nie jest tak, że jestem super-niezdrowa. po prostu trzeba dokonać pewnej korekty. a tymczasem: skoro ja mam w sobie kamyki, no to błagam, ma je każdy, kto nie je vegan/raw/breathariańsko. więc: BEWARE! a na czym ta cała kuracja polega, może ktoś spytać. otóż nie jest lekko, ale i to nie wielkie poświęconko. mianowicie: piejmy sok jabłkowy (ale taki nie z koncentratu!) przez 6 dni, tak litr dziennie. myślę, że mam jakieś niedobory, bo piłam sporo i chciałam więcej. do tego: grapefruity i duuuuużo wody. do tego błonnik i inne łakocie, wstrzymujemy się od potraw zimnych/smażonych/nabiału/mięska itepe, co nie było problemem.

a 6 dnia rano... litr soku jabłkowego na raz! i konkretnie zabieramy się do rzeczy: można zjeść owsiankę albo warzywa, od 13:00 - NIC. i powiem wam, że to też no drama. ciężko robi się wraz z roztworem soli gorzkiej, którą pije się dwa razy wieczorem. na dobranoc sok z grapefruitów + oliwa (ilość znaczna...). i leżeć! nie ruszać się! spać! jeśli się da, hehs. ja zasnęłam... i śniło mi się granie w karty, praca, całkiem przyjemne sytuacje również. nowy dzień zaczynamy od znowu soli gorzkiej. a tak koło 12 można wypić wyciskany sok z pomarańczy (który smakuje wtedy po prostu bosko), zjeść świeże owocki, lekki obiadek. i może nie czujesz się wyśmienicie, ale jedno jest pewne: chociaż trochę jesteś zdrowsza.

zaręczam. teraz tylko muszę pić więcej kefirów, jeść jabłka (z pestkami!!!) i częściej rozmawiać z mądrymi ludźmi. tylko żeby nikt mi już nie prezentował serników ani czekolad...

stało się: potrzeba leków na całe zło, które aktualnie atakuje mnie od wewnątrz. z tego wszystkiego trochę się poddałam i proszę bardzo. choruj sobie. szkoda, że nie mogę przeleżeć w dresie cały dzień i czekać na dostawy herbat z imbirem prosto do łóżka. jak na złość, sama w domu, nie licząc innych chorych.


tak więc chwytam się starych sposobów: nacieranie amolem (seksi)! syrop z cebuli (mniamka)! jaglanka i len! (say what?) no właśnie. len na wszystko.

oprócz tego, że siemię lniane dobrze wpływa na trawienie i w ogóle drogi śluzowe (gardziołko czeka), to zawiera sporo witaminek: A, E, F oraz kwasów omega 3 i 6. koi stany zapalne. dobre jest dla wszystkich, których boli brzusio - ba, nawet ma leczyć wrzody! - ja piję prewencyjnie, o tak: dwie łyżeczki sproszkowanego zalewam wrzątkiem, trochę odczekam i chlup! a także dodaję do zielonych szejków - ile mi się sypnie. nie rozumiem marud, które nie potrafią przełknąć zglutowanego lnu. wcale nie jest taki zły. całe nasionka dodaję do jaglanki, ryżu, czegokolwiek.

yep, już ponad miesiąc piję nasionka. oczywiście zdarzały się przerwy, zwłaszcza związane z hulactwem bądź gośćmi na chacie, ale staram się wchłaniać je regularnie. rano: błonnik, wieczorem: ostropest (zazwyczaj o nim zapominałam, przed snem czasem jestem tak zmęczona, że nie mam siły nawet kręcić młynkiem).

powiem wam jedno: działa! podobno torebka kosztuje mnóstwo siana, ale też cena gwarantuje jakość nasionek (bo te tańsze mogą być tylko małowartościowymi łupinkami). ostatnio moja mitkodieta kuleje, ale jak tylko minie najszczęśliwszy dzień tej zimy (TŁUSTY CZWARTEK DAWAJCIE PĄCZKI) to wracam do bezglutenu. posłuchałam sobie audycji o medycynie żywienia i jestem pewna, że to mi pomoże (stres też robi swoje, ale nie odetnę sobie rączek, głupia atopia).


błonnik oczyszcza jelita i usuwa toksyny, ale mam wrażenie, że tych toksyn we mnie jest morze (tak, poezja). bardziej interesuje mnie regulowanie poziomu cukru - stąd może moje wahania nastroju i napady słodyczowego głodu? ostropest z kolei działa na wątrobę (siema, nadużywanie leków!) wspomaga trawienie i neutralizuje wolne rodniki (spodziewany efekt: wieczna młodość).

spoczi spoczi, piję szejki (dodaję zimnej ziółkowej herbatki), ale w planach mam naprawdę wielkie próby oczyszczania. myślę sobie, ile złego w siebie pakuję (trudno nie przesiąkać beznadzieją). powiedzmy, że mogę jeszcze się ponaprawiać, więc w przyszłości skorzystam z: diety dr dąbrowskiej, gorzkiej soli oraz nalewki czosnkowej. tylko nie wszystko na raz, of kors! fajnie byłoby, gdybym nie oczyszczała się sama. aha, miałam mały kryzys, bo zaczęłam do nasionek dolewać oleju z oregano - przedobrzyłam dobro, aż dostałam dreszczy. fujka.

aaalbo po prostu wyjadę do australii. albo chociaż dołączę do ochotniczej straży pożarnej.

nareszcie! na święta dostałam od dobrego wujka (serio) paczkę błonnika i ostropestu, żebym mogła trochę się pooczyszczać. oczywiście, nie mogłam kupić pierwszego lepszego młynka, który zmieli ziarna... po wielu poszukiwaniach, wreszcie mam. przyszedł pocztą dziś rano. uwieczniony wraz z draceną, którą kupiłam sobie wczoraj, żeby dotrzymywała mi towarzystwa:


tak więc, od dzisiaj: rano - błonnik, wieczorem - ostropest. chyba każdy już ma fizia na punkcie jedzenia nasionek i detoksu, prawda? tak więc nie przedłużając, zapewne zbankrutuję przez te paczki. błonnik ma oczyszczać, sprawiać, że będę szczęśliwsza, piękniejsza i zdrowsza. przede wszystkim mam nadzieję, że będę mniej zmęczona (takie rzeczy obiecują...) słowa-klucze: toksyny, jelita, cholesterol. na taki błonnik składają się ziarna babki płesznik oraz łupiny babki jajowatej. a ostropest? na wątrobę, żeby oczyściła się z tych wszystkich leków, jakie brałam całe życie... będę się obserwować: z resztą im mniej nabiału, tym na pewno będzie lepiej...


a jak tam styczeń? miał być bezalkoholowy, jak na razie miałam jedną konkretną bibę (nie napić się w operze narodowej? bez przesady!) i dwa wieczory ze szklaneczką wina/martini na pocieszkę. nie mogę powiedzieć, że jest źle. styczeń/luty zapowiada się lepiej: jeszcze mniej alkoholu, plus błonnik i jaglanka. i to wcale nie postanowienia noworoczne!

poprawy na razie nie widać, myślę, że to jednak dłużej potrwa... w planach mam zakup kapsułek z liściem oliwnym. tymczasem robię sobie tonik, a później o nim zapominam, więc po tygodniu muszę robić nowy. całe szczęście, że opakowanie nasion czarnuszki kosztuje raptem parę złotych!


ja tam lubię chlebuś z czarnuszką, chociaż tu wkraczamy na grząski grunt glutenu... ale, ale! o co chodzi z tym tonikiem? trzeba rozkruszyć nasionka (łychę - do listy zakupów dopisuję moździerz), zalać wrzątkiem, odstawić, aż ostygnie. później trzymać maks tydzień w lodówce, przemywać twarz. i tu pojawia się problem: kto by zapamiętał, że obok musztardy stoi jakiś kosmetyk?


a szkoda, bo to samo dobro w płynie. ma działanie antybakteryjne, ponoć łagodzi alergię (sprawdźmy!), mówi do widzenia wolnym rodnikom... a jak się nasionka je, to pomagają ze wszelkimi kwasami, odtruwają... i to taka ładna nazwa.


Powered by Blogger.