Showing posts with label jedzenizmy. Show all posts

dzisiaj będzie dużo przekleństw, bo jestem na kacu i jestem wściekła. serio. już dosyć. wracam do turbo-zdrowia. teraz już bez żadnych ALE. zero nabiału, zero kurwa glutenu, zero alkoholu. NO WŁAŚNIE. zaczęłam zadawać się z ludźmi, którzy za dużo piją i jedzą mrożone pizze. koniec tego dobrego. trzeba się sobą zaopiekować, bo zaczynają mnie uczulać rzeczy nieuczuleniowe. plus CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE.

tak więc jakie plany? piciu: czystek. tzn. czysto, bo bezalkoholowo, i czystek, roślinka. codziennie będę pić z niej herbatę, która ma ponoć działanie antyhistaminowe (głupia wysypka), antyoksydacyjne i wzmacnia odporność. POTRZEBUJĘ TEGO NATYCHMIAST. ma też ładnie oczyścić z metali ciężkich, a ostatnio nie odmawiałam papieroskom. 



w tym roku pigwówki nie będzie, przegapiłam. może to i dobrze. okej. byleby konsekwentnie i wytrwale. no i dżoga. i wysypianie się, bo z tym ostatnio też słabo. za dużo pracy, za dużo garbienia się przed komputerem. obiecuję sobie i światu: znowu codzienne pisanie, obserwacja jedzeniowa, olejowanie, pisanie w dzienniku, spacery. 

będzie dobrze.

w poniedziałek był taki moment: najpierw szybki bieg przez jesienny park, później oddech na jodze, gdzie udało mi się docisnąć pozycję po raz pierwszy, w tym samym momencie zaczął padać deszcz i pomyślałam, że jestem szczęśliwa. (później, mimo pełni i nocnych spacerów, to się rozmyło). ale trzeba o tym pamiętać.



trzy dni z rzędu jem kaszę jaglaną na obiad. wielki gar+cebula+oliwki+ogórki ze słoika+przyprawy+olej lniany. szkoda, że się skończyło.

jest tak w porząsiu, że nie ma co się rozdrabniać na zdjęcia instagramowe, lajki i inne takie. powiem wam tak: zaskoczenie, bo myślałam, że wyniki będą raczej do przemilczenia, ale nie. z dodatkowymi kilogramami czuję się naprawdę dobrze i obstawiam, że to jest moja waga docelowa - na jak najdłużej. nie mam zamiaru schodzić niżej, o. tylko przydałoby się więcej mięśni.

waga do mojej wiadomości, ale mój wiek metaboliczny to... 12 lat (ktoś tu się zadaje z nieletnią!), procent tłuszczu.. 19,8%, czyli sponio. oczywiście świrowałam, że jestem skinny-fat i mam otłuszczone organy, ale nie, w skali 1 do 9 - jedyneczka, joł.

według dobrych rad, mogę żreć i przytyć. dzisiaj byliśmy na basenie, przez tę hecę z benefitem ciągle się zastanawiam, czy nie wyłasić się na karnet w astandze. albo po prostu pochodzę jeszcze intensywnie i spróbuję sama... a w ogóle to chciałabym nareszcie nauczyć się biegać - i mam ksionę chodakowskiej, to się przyda na czas biedy. a ów czas się zbliża, bo jak już kupię bilet do korei, to zacznie się zaciskanie pasa i przygotowania: chcę być w najlepszej formie!

i tak co rano...



a dieta? well, po oczyszczaniu staram się jak najlepiej, ale wszystko rozbija się o deser, który zrobiłyśmy u kuzynów. pychottttaaaaa! granolowe batony, mam zamiar zjeść całą blachę. oczywiście można się oszukiwać, że to zdrowe, ale słuchajcie: najpierw na blachę (przyda się papier do pieczenia) wylewamy masełko. na to - orzechy włoskie (fun fact: najpierw łupałyśmy je młotkami), wiórki kokosowe, żurawina, czekolada (deserowa i biała), wszystko posiekane. i najważniejsze, czyli mleko skondensowane... to wszystko do piekarnika na 20 minut, po ostygnięciu - do lodówy. jak już jest mega stałe, można pokroić na batonowe paski. jeść, jeść, jeść.

ps. mooncup sprawdza się na basenie.

no no, doczekałam się ponaglenia! oto piszę. żyję, chociaż w niedzielę prawie nie zemdlałam od oczyszczania, a dzisiaj walnęłam głową o podłogę (bo nie potrafię stać na rękach). wbrew pozorom, wiele się dzieje (w ogóle w tym roku jakoś ciągle, coś, się, dzieje, prawda?), a ja nie mam ani zdjęć, ani czasu, żeby to jakoś ładnie spisać. dzisiaj daję sobie parę minut: do roboty!

otóż. kolejny raz to już NA PEWNO ostatni. mam dosyć tego całego oczyszczania. w ogóle to uważam, że nie ma we mnie już kamieni. ledwo żwirek. przeżyję.

zawsze po weekendzie u kuzynów wracam z dodatkową energią (oraz koszykiem pełnym łakoci - kto dzień po detoksie rzuca mnie na naleśniki i ciasto, ej, nie fair). mam chęć (!) robić dobrze, dbać i nie poddawać się. oddycham głęboko (jak tylko moje nozdrza na to pozwalają) i cieszę się z zwykłych rzeczy. dzisiaj rano obudziłam się przed budzikiem, wyszłam na ogródek poskakać na skakance, rozpoczęłam squat challenge. zjadłam jaglankę, zrobiłam szejkuś dla dwojga (w ogóle to przestrzegam przed dodawaniem do smutis zbyt dużej ilości młodego jęczmienia - bardzo wpływa na smak, napój robi się kwaskowaty i jakby musujący, co nie pasuje do zieleniny). po pracy - dżoga. i powiem wam, było hardo, bo raz, że dawno nie ćwiczyłam, dwa, że poszłam na vinyasę do kobiety, której nie znałam. niektórych rzeczy nigdy nie próbowałam. co to za pozycje! jeju, byłam najgorszą ciapą na całej dzielni! ale to nic, przynajmniej widziałam, że mimo przerwy, postępy są.

zaczęłam też kurację antypasożytową. przez 8 dni, wieczorem, trzeba pić kubek naparu (1/2 łyżeczki piołunu, 1 łyżeczka mięty, 1/2 łyżeczki kurkumy, a ja jestem prymuską i dodałam jeszcze łychę orzecha włoskiego). wypiłam dziś i było OBRZYDLIWE. ale wiadomo, że syropkiem to tego nie załatwię. dla zainteresowanych tematem: polecany jest orzech czarny, ale w mojej zielarni tego nie mieli. na rano polecany jest citrosept. uważam, że to opcja dla słabiaków i zażyję oregasept (tak naprawdę mam to w szafce, również niesmaczne, ale przynajmniej oczekuję lepszych efektów). i za dwa tygodnie taką przyjemność powtórzę. mam nadzieję, że dam radę!

a tu, proszę bardzo, lista pokarmów przeciwpasożytniczym: burak, kapusta, marchew, czosnek, por, cebula, rzodkiew, szczaw <3, szczypior, papryka, pietruszka, seler (surowy, ble). z innych takich: koper, goździki, pieprz kajeński, szałwia ogrodowa, imbir, chrzan, tymianek, kminek, curry, cynamon, kurkuma, gorczyca. 

obiecuję sobie: codziennie kefir (dla brzusia), jabłko Z PESTKAMI (dla bezpiecznego jodu), nigdy nie brać już suplementów z witaminami, płukać usta olejem (akurat mi się lniany skończył, demmm), szczotkować się na sucho (jeśli się wyśpię...), a po skończonej kuracji naparowej spróbować nalewki czosnkowej. voila!

do przemyślenia: na tarczycę może wpływać duża ilość chloru i/lub fluoru w wodzie. może trzeba będzie pomyśleć o filtrach na prysznic. co myślicie o tym jedzeniu w ciągu 8 godzin? wymagałoby to ode mnie żarcia w godzinach 8-16, czyli żadnych romantisze kolacji. chyba się nie skuszę.

ale mi się napisało! i zapomniałam wam powiedzieć, co z bronisławem: spróbowaliśmy, nie było złe, taka dziwna, zbyt intensywna kola, ale świadomość, że ten grzyb siedzi mi w kuchni źle na mnie oddziaływała. rozstaliśmy się w zgodzie.

moi drodzy, wiem. według niektórych już za bardzo popłynęłam, ale kompletnie mi to nie przeszkadza! traktuję to trochę z przymrużeniem oka, chociaż przecież jestem w 100% przekonana. dzisiaj byłam u lekarza u szarlatana na badaniach voll'a. co prawda ta placówka reklamuje się hasłem medycyna XXII wieku i w ulotce miała literówkę, ale co tam. chcecie wiedzieć, na czym polega diagnostyka EAV? no dobra, w skrócie, bo sama nie za bardzo czaję: wykorzystując meridiany (tu się kłania chińska medycyna, akupunktura i te sprawy), przez które przepływa energia (stary dobry prąd) sprawdza się, gdzie jest spadek energii = zator = problem. co mi wyszło?


otóż jest całkiem okej! sprawdziły się pewne sprawki, które już znamy (autoagresja, wątroba, śledziona intensywnie pracuje, ale to dobrze), alergie mnie zaskoczyły (z pokarmowych: tylko krowie mleko! plus, muszę sprawdzić, kiedy kwitnie leszczyna...), reszta umiarkowanie. jeśli chodzi o gluten, to toleruję, ale... mam go w sobie zdecydowanie za dużo. jak już pozbędę się nadmiaru, co jakiś czas zje się pizzunię albo porządną pajdę... co ważne: zmienić środek piorący (jelp? orzechy? anyone?). i prać często pościel. hmhmhm.

tak czy siak, wiele się zgadza i nie żałuję tej wycieczki. zawsze coś nowego. na do widzenia dostałam kartkę z wypisem, co mi dolega, diagnostykę organizmu (wszelkie nadczynności i niedoczynności), a także małe ksero z poradami, które dobrze już znacie. wykaz produktów z glutenem bądź bez, tabelka o kwasotwórczych i zasadotwórczych produktach... powinnam być na 8-tygodniowej diecie bezglutenowej na hardkorze. z rzeczy, o których jeszcze będę pisać: klasyfikacja żywności dla prawidłowego łączenia produktów (ląduje na lodówce - fajnie, nigdy mi się nie chciało robić tej tabelki!) oraz wskazówki, jak oczyścić się z różnych nieprzyjemności, które każdy z nas nosi. hint: będzie o gorzkich, niesmacznych naparach. no już nie mogę się doczekać... (ale najpierw: wycieczka).

tak naprawdę zapomniałam o wielu rzeczach napisać! kolejne oczyszczanie, pomysły na badania (ostatnio nie mam się najlepiej i podejrzewam, że coś zaczęło mocno szwankować. do sprawdzenia. tylko się nie śmiejcie z moich sposobów...), ćwiczenia na astro-maszynie (dla ruskich kosmonautów!), do tego ukłucie zazdrości, kiedy widzę, jak mój chłopaczendo pakuje na siłce (skąd takiej szybkie efekty, eeeej). no i nie umiem się podciągnąć.

czytam sobie men's health, na dworcu kupiłam przeceniony women's, ale jak na razie nic nowego nie przeczytałam. hmmmphm. ale do rzeczy.


rano zjadam owsianki - i tu nowość - z płatkami jaglanymi. są nieco trocinowe, ale dodają słodyczy. polecam ze względów zdrowotnych. cieszę się jak głupia z lipca, bo: jagody, maliny, reszta truskawek, czereśnie, borówki. nie wiemy, co zrobić z tymi wszystkimi porzeczkami. do tego smuti zielony standard oraz wieczorny szejk menshelta: jabłko, kefir, banan, co tam jeszcze było? cytryna na pewno. (ps. ta książka jest TAK DOBRA jak maliny).


czas na gościa specjalnego! olej z korzenia z łopianu z ziołami. sztos, mówię wam. w ciągu tygodnia smarowania się nim tylko na noc moja buzia zrobiła się bardzo ładna i spokojna. oczywiście nadal coś tam się dzieje, toksyny wychodzą, stres robi swoje, wiadomo. ale: 4real. gdzie to kupić? NIE WIEM. poszukam. albo dostanę paczusię z krk. w każdym razie można go używać do twarzy, ciała, włosów. nie ma żadnego specyficznego zapachu, po prostu olej. producentem jest firma nami, kraj pochodzenia: rosja. ów ekstrakt olejowy z korzenia łopianu ma w dodatku zioła: uczepu trójlistkowego, pokrzywy, omanu, podbiału i skrzypu polnego. przypomina mi się mój dziadek zbierający chwasty. olej odżywia i wzmacnia cebulki, działa korzystnie przy wszelkich suchościach, regeneruje (również rzęsy). zapobiega starzeniu się skóry. wzmacnia wszystko. znalazłam go teraz w necie - jeśli nie będzie w zielarni, zamawiam hurtowo!

olaboga! cisza spokój, wtem - post, i to z brzydkim zdjęciem. a owszem, nie mam siły udawać, że to jakieś fancy opakowanie i zaraz wysmażę tu fancy focię. nie. wydałam całkiem konkretne pieniądze na coś, co może i wygląda fatalnie, ale a) nie śmierdzi jak niektóre spiruliny, b) ma być lekiem na całe zło. na początku tylko słowo wyjaśnienia: piszę rzadko, ale oprócz wielkiej żywieniowej wtopy (WESELE), trzymam się całkiem nieźle: jeśli nie szejki, to awokado i migdały i kefiry, a teraz jeszcze tydzień oczyszczania wątroby (idzie mi całkiem nieźle, moje nowe ulubione połączenie to owsianka z nektarynkami oraz jaglana z burakiem, kiszonym ogórkiem i paprykowym pesto. mniam!), więc mam wrażenie, że wychodzi na plus.



trochę ćwiczę. ba! zaczynam już dotykać całymi stopami przy psie z głową w dół (joga wygrała z crossfitem na całej linii), widzę też, gdzie popełniam błędy. chciałabym chodzić na astangę 5 razy w tygodniu. w zasadzie, jak się uprę... z czego mogłabym zrezygnować?

ze snu? o, wstawać o piątej rano! jutro pierwszy dzień lata, dobrze by było wykorzystać przychylną porę roku. pracować, śmiać się, mieć czas i energię.

tymczasem: dosłownie parę nowości. zauroczenia i chęci, ważne słowa, kolejne decyzje (what to do). otóż co my tu mamy, to młody jęczmień! czysty sproszkowany sok z liści młodego jęczmienia. ponoć to prawdziwe cudo, pełna gama witamin, składników mineralnych, pierwiastków śladowych oraz aminokwasów. dużo magnezu, żelaza (może też dlatego nie mam anemii? ale anty-tpo wciąż niepokojąco wysokie...), potasu i wapnia. ma za zadanie przywracać równowagę kwasowo-zasadową, zapobiegać chorobom (polecany jest chorym na cukrzycę, zaburzenia pracy tarczycy HELL YEAH, anemię, miażdżycę, nadciśnienie oraz osteoporozę... ma sporo witaminy B w najróżniejszych jej wersjach, kwasu foliowego, choliny, witamin C i E. całkiem super. taki proszek miesza się z wodą, uzyskując soczek, i tu cytat: którego zawartość składników mineralnych i substancji odżywczych odpowiada składem 2 kg ekologicznie uprawianych owoców i warzyw!!! (te trzy wykrzykniki też tak były).

sami widzicie. nie rusza was to? ja się złapałam i mam nadzieję, że serio działa. przy okazji kupiłam też spirulinę w tabletkach (mam ją w redakcji, łykam po obiadku - przypomnijmy, dobre białko z glonów, oczyszcza krew, pomaga w transporcie tlenu, wspiera pracę serca, nerek i wątroby... podobno hamuje apetyt i dodaje energii, ale ja tego nie zauważyłam) oraz bardzo ciekawą książkę o holistycznym uzdrawianiu zaburzeń tarczycy. byłam też na wykładzie fundacji wiem co jem na temat zespołu jelita drażliwego - trochę zbyt długi i medyczny, ale posłuchać małgorzaty desmond zawsze fajnie. wnioski zarówno z książki, jak i z wykładu : gluten ble!

tak więc mam zamiar wydać sporo siana na badania nietolerancji pokarmowych. mam nową matę i gacie na jogę. super chodzić na zajęcia w towarzystwie martyni (go girl!). byleby się nie rozleniwić. dla przypomnienia, że człowiek potrafi wiele, video, o którym często myślę. wrzucałam już je tu zapewne, ale na pewno nie zaszkodzi zobaczyć jeszcze raz...


guten abend! było wspaniale. w berlinie można być weganinem po taniości. problemem mogą być słodkie bułki krzyczące w każdym u-bahnowym tureckim kiosku. jadłam pyszne rzeczy (wietnamskie golden curry, przepyszny falafel, koreański bim bi bap), wytańczyłam się do techno prima sort, byłam na grillu na dachu kamienicy i leżałam na trawie w parku. kilometrów po mieście i muzeach nie liczę.


pułapki czyhające na mnie w berlinie są oczywiste. ożywiłam się. teraz trzeba jakoś przetransportować to w życie codzienne. małe wstrząsy po powrocie, ale trzymam się pamiątek, które przywiozłam z veganz.


co teraz? spać. brać kąpiel. czytać kolejny przewodnik.

dobry żart! jutro kwiecień. kolejny miesiąc, który minął niepokojąco szybko (trzeba coś zmienić). czas na rozliczenie się z planów... oczywiście, dosyć szybko zarzuciłam pomysł 30 dni bez kawy. po beznabiałowym lutym za bardzo rozszalałam się z kefirami i serem (twarożek z rzodkiewką, anyone?). miało być bez glutenu, ale... hm, tak pozytywnie: powiedzmy, że unikam. makaron, chleb albo ciacho na jakiś czas. może spróbuję robić sobie bezglutenowy tydzień i tak będzie łatwiej. po prostu nie udaje mi się planować posiłków. i nie umiem odmawiać, haha.


a co dobrego? byłam u terapeutki, na spacerach w lesie... ogarnęłam parę psychicznych burdeli. marzec zapamiętam jako czas wychodzenia, umytych okien i porządków. mam swoje narzędzia. kwiecień będzie wspaniały, prawda?

oczyszczanie + 3 dni diety jabłkowej + codziennie gimnastyka + więcej spacerów, słońca, owoców, warzyw + bez pieczywa + tydzień weganizmu + dużo małych radości

yep, już ponad miesiąc piję nasionka. oczywiście zdarzały się przerwy, zwłaszcza związane z hulactwem bądź gośćmi na chacie, ale staram się wchłaniać je regularnie. rano: błonnik, wieczorem: ostropest (zazwyczaj o nim zapominałam, przed snem czasem jestem tak zmęczona, że nie mam siły nawet kręcić młynkiem).

powiem wam jedno: działa! podobno torebka kosztuje mnóstwo siana, ale też cena gwarantuje jakość nasionek (bo te tańsze mogą być tylko małowartościowymi łupinkami). ostatnio moja mitkodieta kuleje, ale jak tylko minie najszczęśliwszy dzień tej zimy (TŁUSTY CZWARTEK DAWAJCIE PĄCZKI) to wracam do bezglutenu. posłuchałam sobie audycji o medycynie żywienia i jestem pewna, że to mi pomoże (stres też robi swoje, ale nie odetnę sobie rączek, głupia atopia).


błonnik oczyszcza jelita i usuwa toksyny, ale mam wrażenie, że tych toksyn we mnie jest morze (tak, poezja). bardziej interesuje mnie regulowanie poziomu cukru - stąd może moje wahania nastroju i napady słodyczowego głodu? ostropest z kolei działa na wątrobę (siema, nadużywanie leków!) wspomaga trawienie i neutralizuje wolne rodniki (spodziewany efekt: wieczna młodość).

spoczi spoczi, piję szejki (dodaję zimnej ziółkowej herbatki), ale w planach mam naprawdę wielkie próby oczyszczania. myślę sobie, ile złego w siebie pakuję (trudno nie przesiąkać beznadzieją). powiedzmy, że mogę jeszcze się ponaprawiać, więc w przyszłości skorzystam z: diety dr dąbrowskiej, gorzkiej soli oraz nalewki czosnkowej. tylko nie wszystko na raz, of kors! fajnie byłoby, gdybym nie oczyszczała się sama. aha, miałam mały kryzys, bo zaczęłam do nasionek dolewać oleju z oregano - przedobrzyłam dobro, aż dostałam dreszczy. fujka.

aaalbo po prostu wyjadę do australii. albo chociaż dołączę do ochotniczej straży pożarnej.

i co tam misie pysie? niedziela, słońce, będę miała dziś okazję się najeść i wyjść na spacer po wsi. dobra: miasteczku. wymagający tydzień i poranek, ale staram się znajdować jakieś pozytywy. przede wszystkim, mam się czym pochwalić: najlepszymi wynikami morfologii w życiu. czyli moja śmieszna mitkodieta nieźle działa! mięsa nie jem od dawna (tylko ryby wsuwam kiedy mogę...), coraz mniej nabiału (luty miał być miesiącem beznabiałowym, jak na razie parę ustępstw w postaci twarożku u martyni, kapki mleka do paru kaw i serka z kiwi - nie jest źle), za to więcej chęci. wyniki zmobilizowały mnie do powrócenia na dobre tory: adios słodycze, znów zielone szejki rano! wychodzi na to, że i tak parę razy w tygodniu je piję.


o tym teraz głośno i o tym sporo myślę: hormony. chyba teraz się nie popisałam (ths w normie, tyroksynka na dzień dobry), bo jem nieregularnie, mało ćwiczę (to się zmieni z pogodą), a na dodatek się nie wysypiam (damn you, robin wright!). czy ktoś ma pożyczyć czytnik? nienawidzę czytać książek na kompie, a moim must-read jest master your metabolism jillian michaels (komuś przesłać? dziena martynix). przyłożę się i kto wie, może wcale nie trzeba będzie się faszerować lekami?

na wiosnę: zaprzyjaźnić się z hashimoto.

hej, halo! niedzielne wieczory są najtrudniejsze. czas spać, to pewne - wymagający tydzień przede mną, leniwe dwa dni za mną... staram się myśleć, że nie zmarnowane. na dobranoc przemyślenia o diecie paleo, która od początku mi się nie podobała.


mimo wszystko, zwłaszcza, że nawala mi tarczyca, mówię sobie: jedz tłuszcz. najchętniej jadłabym 2x awokado/dzień (ale czekam na przelew). naoglądałam się motywacyjnych tedów & blogów i wiecie co? myślę tak: we wrześniu zacznę studia dietetyczne, a do tej pory pracuję z całych sił nad sobą. żeby być najlepszym przykładem. the health coach, jea!

bez glutenu, ale czemu? kartka z takim tytułem wisi na mojej lodówce. przyczepiłam na niej też wyrwany z wysokich obcasów artykuł o krowim mleku i pszenicy. są tam też obrazki, pocztówki, kalendarz i parę rzeczy, które powinnam pamiętać. najwyższy czas się do tego zastosować!
bardzo możliwe, że moje usposobienie można wytłumaczyć... przeciwciałami, tarczycą, hashimoto. to w skrócie. nie rozpisując się na temat dolegliwości, podpowiadam (sobie) rozwiązania. klimat i tryb pracy być może uda się zmienić, ale póki co: dieta przede wszystkim.

potrzebuję słońca, ruchu i dobrego jedzenia. taka recepta na choroby z autoagresji. dla porządku przeklejam tabelki, które sobie skompilowałam. także co mam jeść?

 TAK

amarantus, gryka, karob
kukurydza, maniok, tapioka, proso
kasza jaglana
komosa ryżowa, ryż, sorgo, teff, topinambur
kasza gryczana
płatki ryżowe, skrobia kukurydziana, ryżowa i z tapioki, gotowe mieszanki mączne bezglutenowe, pieczywo i makarony z mąk bezglutenowych wykonane samodzielnie oraz kupne oznakowane znakiem „przekreślonego kłosa”, kaszki dla dzieci ryżowe i kukurydziane, chrupki kukurydziane, popcorn, owies bezglutenowy
(z zastrzeżeniami)
bułka tarta bezglutenowa
mleko świeże, mleko w kartonie,
mleko zagęszczane, mleko w proszku, kefir, maślanka, jogurt naturalny,
nieprzetworzony ser biały, żółty,
masło, smalec, margaryna, olej roślinny, oliwa z oliwek, herbata, kawa naturalna, soki owocowe, wody mineralne, kompoty,
napary z ziół, czyste alkohole
NIE

pszenica, jęczmień, żyto, owiec, orkisz
seitan
durum, kamut, semolina, kuskus
mąka pszenna, żytnia, jęczmienna,
płatki pszenne, jęczmienne, żytnie, owsiane, kasza manna
kasza jęczmienna
(pęczak, mazurska, perłowa)
musli, kasze owsiane
kaszki błyskawiczne zbożowe i mleczno–zbożowe
makaron pszenny, makaron żytni,
pierogi, pyzy, kopytka, naleśniki, pieczywo – każde – jeśli nie jest oznaczone jako bezglutenowe (chleb biały i razowy, bułki, bagietki, maca, pumpernikiel, pieczywo chrupkie, precle), pieczywo cukiernicze suche (herbatniki, ciastka, wafle, biszkopty, pierniczki, sucharki, paluszki itp.), ciasta, ciastka, drożdżówki, pizza, bułka do hamburgera, bułka tarta
zwykły proszek do pieczenia, napoje mleczne z dodatkiem słodu jęczmiennego, sery z niebieską pleśnią, kawa zbożowa, kakao owsiane, napoje słodzone słodem jęczmiennym, piwo

TAK

gotowana kapusta, brokuły, brukselka
truskawki, jagody, porzeczki
ryby słodkowodne
(pstrąg, szczupak, sandacz, łosoś, śledź, sardynki)
szpinak, sałata
jajka, masło
ryż, kasza gryczana, orkisz, amarantus
bezglutenowy makaron
olej lniany budwigowy, olej kokosowy
selen, witamina c, d i e, omega 3
zielona herbata – polifenol
białko dla sportowców – tyrozyna, CLA
awokado marchew, brzoskwinie, papryka, nasiona słonecznika, migdały, nasiona dyni
NIE

sól jodowana, ryby, jod
margaryna, ciastka
olej słonecznikowy, sojowy, kukurydziany
soja
surowa kapusta, brokuły, kalafior, kukurydza
orzeszki ziemne
mleko i przetwory
gluten
(owies, jęczmień, żyto i pszenica)

pierwsza tabelka to wiadomo, glutenix. druga to (nie)polecane produkty przy hashimoto. może nie być łatwo...

edit: bardzo pomocna strona!

są takie dni, że mogą pomóc jedynie delfiny. wczoraj wieczorem marzyłam o delfinoterapii. kto zrzuci się na mój wyjazd na krym?

w każdym razie: ćwiczę się w postawie przyszłościowej (o taka podpowiedź), zamiast pogrążyć się w słodyczowym nałogu, robię sobie zielone szejki do pracy (trochę się obawiam, że zanim je wypijam, tracą większość swoich właściwości. jak to jest?)

w dodatku, tak na marginesie nowotworowych spraw:



trzeba się uczyć, bardziej wierzyć swojej intuicji. 

miało być o czym innym, ale w zasadzie to całkiem udany eksperyment - zwłaszcza po doprawieniu (czosnek 4ever). przymiarki do weganizmu: nerkoserek. polecam do kanapeczki z pumperniklem, oliwkami i kiełkami brokuła. czarny sezam dla szpanu.


zalety: proste wykonanie, zdrowe składniki, satysfakcja, cruelty-free i zero zagrożenia kwasicy (owszem, jest coś takiego, jak się je za dużo nabiału). paczka nerkowców kosztuje tyle samo, co almette czy inne takie, a nerkoserka wychodzi chyba nawet więcej!

1/2 szklanki nerkowców (namoczonych w wodzie - najlepiej przez noc, odcedzić) + troszeńkę wody + sok z cytryny + sól, pieprz + czosneczek! blendujemy. mamy serek. nie podaję, ile soku itp., bo to jednak najlepiej samemu sobie przyprawić.

po tej próbie wydaje mi się, że nie będzie źle. jeszcze nauczę się robić jogurty! i ciekawostka: dziś próbowałam zielonej herbaty z rozmarynem. po prostu została wetknięta w szklanę gałązka owego rozmarynu. dobre. 

całkiem zdrowy dzień zepsułam milką oreo, ale było warto. to już zaraz poniedziałek?

odpowiedź na wszystkie pytania. w wegańskich itp. inicjatywach zazwyczaj irytowało mnie, że to takie tekturowe, hucpiarskie, wiecie, co mam na myśli? tak, podoba mi się akcja z nalepkami QR i zgarnianiem świadomości. tak, jestem pewna, że to słuszna droga. ładny film o ludziach, z którymi chcę się z nimi zakolegować:


myślę, że to nie będzie trudne: 2014 to ostatni rok z rybami i nabiałem. polewa do ciasta może być z nerkowców. zdradzę wam coś: skoro chcę zostać psychodietetykiem (co tam, że minie jakieś 5 lat, zanim zrobię dyplom), to trzeba samemu być konsekwentnym, prawda?

yep, jak niektórzy z was wiedzą, czasem łatwo się czymś jaram i szybko wchodzę w etap nawiedzenia. ale spokojnie, wiem: józefów to nie pasadena, ogródek za domem nie wystarczy. ale lubię myśleć o tym, że na wiosnę przekopiemy ziemię, wykarczujemy krzaki i chociaż przez tydzień będziemy żywić się swoimi warzywami. dużo wolności i satysfakcji, polecam to naiwne i low-budgetowe video z bardzo złą muzyką w tle:


Powered by Blogger.