Showing posts with label kosmetyki. Show all posts

poza redakcją uciekam sprzed komputera (chyba, że oglądamy filmy albo budzę się bardziej niż rano, żeby popisać coś swojego), więc nie ma ani zdjęć, ani ploteczek z mitkowej planety. są: oleje (nowy, z ostropestu, lniany oraz rycynowy), oczekiwanie na przesyłkę z biochemii urody (same old, czyli olejek pomarańczowy do mycia twarzy, tonik bha oraz hydrolat lipowy), marudzenie, bo trzeba wybrać pomiędzy życiem towarzyskim, sportem i literaturą, no i kiedy jeszcze mam myśleć o jedzeniu? na szczęście nie muszę, już drugi tydzień będę zabierać do redakcji obiadek zrobiony dla mnie. warzywa w każdej postaci. ja to mam szczęście.
ale wracając do tego, co się dzieje. jest dobrze, chyba koniec sierpnia/wrzesień to czas, kiedy najlepiej wyglądam w ciągu całego roku. trochę się ruszam (sit up challenge!vinyasa!), jestem nieźle opalona (plus kupiłam nowy pędzel eco-tool do bronzeru, joł) i wróciłam do ocm. ten rok naprawdę dobrze mi zrobił, szykuje się też bardzo przyjemna jesień. czas nakupić herbat i wyprać swetry.

ocm, czyli oil cleansing method. polega to na tym, że samodzielnie robi się mieszankę z wybranych olejów plus obowiązkowo olej rycynowy (zależy od stanu cery - dla suchej to ok. 10% całej mieszanki, dla tłustej nawet 20%). nakładamy ową mieszankę na twarz, nieco masujemy, a później bawełnianą szmatkę zmoczoną w gorącej wodzie przykładamy do twarzy. płuczemy i nazad! chodzi o to, żeby pod wpływem ciepła wszystki brud wyszedł z porów. na koniec zmywamy ową ścierką olej, można jeszcze przepłukać zimną wodą twarz. najlepiej nawet nie kłaść żadnych kremów. może brzmi to skomplikowanie, ale polecam. lubię nakładać sobie oleje na twarz podczas kąpieli - działa podobnie.

a jeszcze olej lniany stosuję do płukania buzi. olej - analogicznie jak mieszanka z rycynowym - wyciąga ze skóry bakterie, zarazki i inne takie (na zasadzie tłuste łączy się z tłustym, czy teraz palnęłam jakieś głupstwo?) i w ten sposób pozbywamy się chorób. to takie uproszczenie (bo zawsze należy upraszczać). ale coś w tym jest. tak więc pakuję sobie łyżkę oleju, NIE POŁYKAM, ale tak sobie dziamdziam w ustach, docelowo to jest do 20 minut ale no way, więc porobię sobie te przysiady, poszoruję ciało na sucho, wezmę prysznic i wklepię w siebie oliwkę i już muszę wypluwać, bo nie daję rady dłużej. co ważne, trzeba wypluwać do toalety i spłukiwać, ponoć tyle tam zarazków. nie wiem, ale faktycznie nie jest to przyjemne. później wystarczy umyć ząbki. 

czy powinnam coś więcej o tych olejach pisać? chyba nie, możecie sobie wyguglować ocm, dziewczyny piszą o tym dużo. ogólnie oleje 4life.

gorąco. nie, nie narzekam, bo naprawdę podoba mi się ta temperatura, roznegliżowane dziewczyny w mieście, działające fontanny i wymówka, że mogę sobie kupować soki i lody (ale dzisiaj zostałam sromotnie oszukana, szpanerski lód na patyku za 7 złotych wcale nie był smaczny). jest tylko jeden problem, no: trzy. jeden jest taki, że nie używam filtrów. drugi - nie mam wygodnych sandałków i ledwo chodzę. trzeci. moja cera daje się we znaki.


jep, ten blog będzie wciąż o tym samym. co za los. podejrzewam, że gdybym znów zaczęła stosować ocm, to wszystko by wróciło do stanu na 4+, ale błagam, komu by się chciało w takie ciepłe, letnie wieczory? kiedy tyle jest do zrobienia... tak więc zadowalam się kupnymi kosmetykami. oczywiście nie jakieś randomowe: w nowej paczce dwa łupy, antyoksydacyjny, nawilżający tonik planeta organica oraz krem pod oczy baikal herbals. wcale nie jestem rusofilką...

otóż wmówiłam sobie, że się starzeję (w zasadzie wiem, że nie i że licealistki wyglądają czasem poważniej ode mnie), i jakoś tak bardzo chciałam mieć w łazience coś anti-ageing. no i bach. tonik pachnie ściółką, co uwielbiam. skład: najfajniejszy stuff to ekstrakt różeńca górskiego i ekstrakt irysa florentyńskiego. ma oczyszczać (sama nie wiem...) i przyspieszać proces regeneracji (aj hołp soł). na razie tylko parę dni, ale lubię go używać i wydaje mi się, że jest w porząsiu.

krem pod oczy... hm. odkąd go stosuję, w ogóle zauważam, że mam tu jakieś problemy. wcześniej ich po prostu nie było... ale to może kwestia tego, że zaczęłam używać olejku do mycia pharmaceris, bo skończył mi się ten z biochemii urody. to krem-żel chłodzący (nie odczułam tego efektu), ma eliminować oznaki zmęczenia (ha ha ha, z mojej twarzy? niewykonalne), pozwala skutecznie usuwać cienie i obrzęki (pffff....), odżywiać i regenerować skórę wokół oczu. może chociaż to. OKEJ, właśnie doczytałam, że dla lepszego efektu powinno trzymać się go w lodówce - no dobra, zobaczymy jutro rano, ale co to za sztuka chłodzić sobie powieki czymś, co stało całą noc w lodówce? eee. ale na pocieszenie piękne nazwy ziół bajkalskich: śnieżyczka kamczatska, zimoziół północny, perełkowiec japoński...

niedziela, dzień odpoczynku. dzisiaj powiedziałam sobie, że nic nie muszę, skończyłam czytać książkę, przejrzałam gazetę, nie zrobiłam obiadu (ale łososiowy sos był pycha). jadłam borówki prosto z krzaczka, pierwsze moje. chcę jutro rano wstać i pozbierać sobie na śniadanie.

a tymczasem wypucuję się po gorącym dniu. nie chronię się przed słońcem, choćbym się miała zestarzeć. w domu nowe kwiatki i porządki. staram się mieć własną przestrzeń. z nowych i starych kosmetycznych łupów: seria babci agafii.


dwie saszetki: jedna do maska do twarzy z mlekiem łosia (!), a druga - scrub do ciała. maseczka pachnie obłędnie, aż bym ją z siebie zlizała, odżywia i odmładza. dostałam ją w prezencie i hołubię. w składzie, rzecz jasna, nie brakuje ziół syberyjskich i biały wosk pszczeli. nie ma sensu się rozpisywać: za każdym razem twarz naprawdę wygląda... lepiej.

scrubik dopiero co użyłam. zapowiada głębokie oczyszczenie. jest wybitnie brzozowy, a ja lubię brzozy. do tego pokrzywa i dziki majeranek. pachnie latem.

fun fact: przesadziłam z walką o piękne stopy i teraz ledwie chodzę. nie ma mowy o zajęciach i skakaniu na skakance. ależ ze mnie nieudacznik.

myślicie sobie: cisza, nudy, a ja tymczasem wkraczam na nowy level wariactwa. na razie chcę wszystko odespać i uporządkować, postępy w jodze są widoczne, domowy kompot z własnych porzeczek poprawia humor. dostałam też paczkę z nowymi kosmetykami, szykujcie się na serię zdjęć prosto z łazienki mitka. a tymczasem brak fot, bo może to was nieco odrzucić... (tak naprawdę jest pochmurnie, a model do wdzięcznych nie należy). oto bronisław. mój osobisty grzyb kombucha.

gdyby nie to, że mam go trochę z internetu, a trochę z otwocka, pewnie bym się nie odważyła. ale: okazja! co to jest? wygląda jak ufo-naleśnik. znajduje się w fermetacyjnym płynie, z którego się robi herbatę. żyje i trochę się go boję. jeszcze nie próbowałam.

pozwolę sobie zacytować: kombucha często zwana po polsku kombuczą to zdrowotny napój otrzymywany ze sfermentowanej herbaty. otrzymuje się go w wyniku umieszczenia grzyba herbacianego – tzw. matki w posłodzonej herbacie (najczęściej czarnej lub zielonej). jest to symbiotyczny układ bakterii i drożdży, które mają formę żelowej, elastycznej struktury, która przybiera kształt naczynia, w którym przebiega proces fermentacji. smak napoju jest lekko musujący i przypomina sok jabłkowy.

pije się go od tysięcy lat, więc chyba mogę mu zaufać? kombucha zawiera dużo witamin z grupy b, jest naturalnym detoksykantem i wspomaga układ trawienia dzięki tym wszystkim małym żyjątkom, które osiedlą się w nas (creepy). ponoć ma też właściwości antyrakowe, uaktywnia samoleczenie i tak dalej... a to jeszcze zabawne i w sam raz na teraz: kombucha ma być adaptogenem, czyli lekiem na traumatyczne przeżycia. z resztą, poczytajcie sobie sami.

zrobiłam herbatę w słoiku, posłodziłam, włożyłam grzyba bronisława (dziwny w dotyku...) i zostawiłam w szafce. zobaczę co u niego za tydzień. dopiero wtedy przesączę napój, wstawię do lodówy i tuż przed wyjazdem spróbuję. stay tuned!


a to jest film, na który pójdę sama do kina, a wychodząc zajdę do sklepu po buty do chodzenia po górach. na razie w planach: spływ kajakowy, spanie i ognisko na działce, rower do otwocka. ostatnio niewiele wychodzi, ale to trzeba. póki co jem okej (soczewicowy pasztet, żeby uszczknąć zapasów, fasolka szparagowa, nadziewane bataty, risotto kurkowe...) plus: umówiłam się na badanie volla.

tak naprawdę zapomniałam o wielu rzeczach napisać! kolejne oczyszczanie, pomysły na badania (ostatnio nie mam się najlepiej i podejrzewam, że coś zaczęło mocno szwankować. do sprawdzenia. tylko się nie śmiejcie z moich sposobów...), ćwiczenia na astro-maszynie (dla ruskich kosmonautów!), do tego ukłucie zazdrości, kiedy widzę, jak mój chłopaczendo pakuje na siłce (skąd takiej szybkie efekty, eeeej). no i nie umiem się podciągnąć.

czytam sobie men's health, na dworcu kupiłam przeceniony women's, ale jak na razie nic nowego nie przeczytałam. hmmmphm. ale do rzeczy.


rano zjadam owsianki - i tu nowość - z płatkami jaglanymi. są nieco trocinowe, ale dodają słodyczy. polecam ze względów zdrowotnych. cieszę się jak głupia z lipca, bo: jagody, maliny, reszta truskawek, czereśnie, borówki. nie wiemy, co zrobić z tymi wszystkimi porzeczkami. do tego smuti zielony standard oraz wieczorny szejk menshelta: jabłko, kefir, banan, co tam jeszcze było? cytryna na pewno. (ps. ta książka jest TAK DOBRA jak maliny).


czas na gościa specjalnego! olej z korzenia z łopianu z ziołami. sztos, mówię wam. w ciągu tygodnia smarowania się nim tylko na noc moja buzia zrobiła się bardzo ładna i spokojna. oczywiście nadal coś tam się dzieje, toksyny wychodzą, stres robi swoje, wiadomo. ale: 4real. gdzie to kupić? NIE WIEM. poszukam. albo dostanę paczusię z krk. w każdym razie można go używać do twarzy, ciała, włosów. nie ma żadnego specyficznego zapachu, po prostu olej. producentem jest firma nami, kraj pochodzenia: rosja. ów ekstrakt olejowy z korzenia łopianu ma w dodatku zioła: uczepu trójlistkowego, pokrzywy, omanu, podbiału i skrzypu polnego. przypomina mi się mój dziadek zbierający chwasty. olej odżywia i wzmacnia cebulki, działa korzystnie przy wszelkich suchościach, regeneruje (również rzęsy). zapobiega starzeniu się skóry. wzmacnia wszystko. znalazłam go teraz w necie - jeśli nie będzie w zielarni, zamawiam hurtowo!

o myciu twarzy. nie wypróbuję wszystkiego na sobie, więc dziękuję refinery29. ja wciąż się borykam. ograniczyłam się do oleju oczyszczającego z biochemii urody i płynu micelarnego. od czasu do czasu mask of magnaminty, delikatny piling. może muszę poszukać czegoś innego. uh, ciężkieżycie.

ojacię! ale fajnie dostać przeciekawą książkę, wybrać się na niedzielne śniadanie i jeszcze pogawędzić z kimś miłym. na pierwszy rzut oka wydaje się, że będzie o gotowaniu, ale to nie jest książka kucharska. klaudyna z ziołowego zakątka jest naprawdę w porządku. 


przeczytajcie sobie tu sami: na zwykłym życiu pojawił się mój wywiad. w oczekiwaniu na nowy numer postarałam się - tam pojawiły się wielkie litery i poprawność językowa! przynajmniej się starałam.

co więcej: przeczytałam gdzieś, że spirulina ma też swoje złe oblicze i wcale nie można jej traktować jako źródła B12. JAKTO. muszę znaleźć to źródło i dowiedzieć się więcej. stay tuned. znowu spędzam dużo czasu w szpitalach, na jodze jestem łamagą i przez połowę zajęć gapię się na instruktorkę z otwartą z podziwu japą. plany są takie: zapuszczanie włosów (więc wracam do olejowania) i pobudka o 6 rano, żeby szorować ciało na sucho. to chyba powinnam iść spać?


to nie jest tak, że mi się odechciało. nagle zdecydowanie za dużo - aż się kręci w głowie. nie pozostaje nic innego jak przeleżeć niedzielę w łóżku, oglądając filmy. dajcie mi chwilę.

w międzyczasie próbuję się nie zestarzeć. całkiem się to udaje dzięki specyfikom takim jak młody jęczmień (o tym napiszę na pewno), spirulina, słońce, pilates. niezmiennie też korzystam z dobroci biochemii urody. próbowałam używać tego zamiast kremu, ale nie polecam. może na noc, kiedy nie ma potrzeby nakładać mejkapu. oto serum z witaminą c. siwe włosy może i mam, ale zmarszczek - nie za bardzo!


oczywiście, oprócz odmładzanka mamy w pakiecie rozjaśnianie cery i ochronę. dla tych, którzy się orientują, fun fact: witamina c jest lewoskrętna (15%). w dodatku bioflawonoidy. ja mam wersją oryginalną, dla skóry wrażliwej, wersja lekka jest w sam raz dla tłustej. żel hialuronowy pomaga goić rany (nie te na serduszku). bazą jest hydrolat eko z czarnej porzeczki. mamy też witaminkę e. 

ponieważ nie używam ze specjalnym rozmysłem filtrów przeciwsłonecznych, tak więc to dobry sposób na fotostarzenie. chciałabym leżeć w słońcu całe dnie. albo chociaż codziennie chodzić na długie spacery. 

chodźmy.

szalom, wróciłam! oczywiście już pierwszy dzień na starych śmieciach dał mi w kość, ale co się nawdychałam świętych olejów, nadotykałam grobów i kamieni, najadłam falafelów, hummusów i baklawy. nie było jakoś bardzo zdrowo, ale wychodziłam się za wsze czasy. filtr 50 sprawił, że jestem ładnie (?) opalona. to była bardzo dobra podróż, teraz szykuję się na kolejną i staram się, by nie uciekło mi tu i teraz. chcę być jedną z tych podróżujących osób, które pakują się do jednej torby, mają czerwone od słońca nosy i wiedzą, że na lotnisku ben gurion zabiorą ci przyprawy z bagażu podręcznego (demit, przepadł mi zatar i mieszanka do sahlabu).


ale po kolei. nie będę opowiadać o izraelu, co widziałam i kogo spotkałam. grunt, że mam ochotę (potrzebę!) na więcej. 

wracam i: sprzątam, biorę kąpiel w soli z morza martwego (przywiozłam sobie kawałek znad morza, a i w błocie się umoczyłam, ale szczypało), jem chałwę i cieszę się z siebie. plany są takie, że codziennie uprawiam sport (dzisiaj basen), za tydzień jadę na oczyszczanie (dzień dobry soku jabłkowy), jem dużo kasz i pamiętam o ćwiczeniach zaleconych przez terapeutkę. nie umówię się na spotkanie, dopóki nie popracuję nad sobą. 

z ciekawostek: zaczęłam używać mydła z ben gurion, ale taka pasta brzmi super. kupiłam dziś olej arachidowy, żeby spróbować! wspaniała pasta oczyszczająca aliny to miks mąki (mam ryżową) i oleju. dodam również cynamon. odżywam!

(jedyne, czego się obawiam, to to, że mam uczulenie na arachidy. heh)

huhu! może i mam pustą lodówkę, ale za to sporo mądrości poprzyklejanych na karteczkach. lubię zbierać przepisy, których później nie wykorzystuję i dobre rady skądkolwiek. tego nigdy za wiele! pamiętam, jak się cieszyłam z kupionego w podstawówce kalendarza nastolatki. wszystkie rady przeczytałam już pierwszego dnia. tymczasem zachowały się (gdzieś w kuchni babci wynalazłam) kartki wyrwane z kalendarza ściennego (moment zrywania kolejnego dnia działa bardzo relaksująco!). jest 10 marca 2014, ale i 27 stycznia 2008 (księżyca przybywa) oraz 20 kwietnia 2009 (lekarz o 16:00). 


z działu zdrowie dowiemy się, że łamliwość włosów i paznokci często wywoływana jest zbyt niskim poziomem witaminy A (najlepsze źródła: tran, wątróbka, olej z wątroby dorsza, ale co mnie bardziej interesuje: marchew, natka pietruszki, szpinak, dynia, morele, mango...), przy wyczerpaniu pracą umysłową wieczorem dobrze jest wypić szklankę mocnego kakao, przy silnym bóli zębów ulgę przyniesie żucie goździków.

karteczka rady cioci zosi: aby pozbyć się kamienia, który osadził się wokół baterii, należy nasączyć octem  watę, ułożyć ją w zabrudzonych miejscach i pozostawić na kilka godzin. pleśń zbierającą się na silikonie uszczelniającym brzeg wanny usunie woda utleniona z dodatkiem octu...

a oto naturalne sposoby na ładny dekolt: mieszamy 3 łyżki soli z tłustą śmietaną. powstałą maseczkę nakładamy na dekolt, masujemy przez 2 minuty i spłukujemy zimną wodą. na cerę: mieszamy 2 łyżeczki sody oczyszczonej ze szklanką przegotowanej schłodzonej wody. takim roztworem nasączamy wacik i przemywamy cerę. soda oczyszczona ma bardzo silne działanie wysuszające, dlatego ważne jest zachowanie umiaru w stosowaniu!

a skoro jesteśmy w temacie domowych maseczek: 2 łyżki kurkumy rozrobić w odrobinie miodu z dodatkiem maślanki. trzymamy do 40 minut - uwaga, barwi!

sporo na głowie: nowy projekt progres, praca i chęci. dziwnymi sposobami poznaję lepiej ludzi, o których kiedyś myślałam. staram się nie opuszczać.


tymczasem co tam u mnie? nowa paczka z biochemii urody! <3 a w niej, między innymi, sok z aloesu eko. z moją cerą (nagle) jest całkiem nieźle - teraz będzie walka o to, żeby tak zostało & staranie o to, żeby wymazać parę blizn. pomoże w tym wspomniany żywokost, mam nadzieję. i właśnie aloes, jedna z moich ulubionych roślin (ale geranium i tak wygrywa).

jak byłam mała, bardzo lubiłam łamać aloesowe kłącza i dziabać sobie miazgę. dobrze jest ten żel rozprowadzić właśnie po bliznach czy ranach. odświeża i pachnie jak nic innego! nawilża, regeneruje, działa przeciwbakteryjnie i przeciwzmarszczkowo. zapobiega stanom zapalnym, więc jest elo też po depilacji. czasem też pije się sok z aloesu, ja lubię ten miąższ.

sok jest idealny dla mojej wrażliwej skóry. widocznie poprawia stan suchej cery, ma nieco rozjaśniać - czekam na efekty. mimo, że to 100% sok, nie rozcieńczam go wodą. mam w planach używać go do rozcieńczania maseczek np. ze spiruliny. na razie solo sprawdza się znakomicie, albo to autosugestia, hehe. 

a na dodatek, wegański sernik zrobiony przez saturczaka! wyszło nieźle. szkoda, że na drugi dzień nażarłam się ciasta drożdżowego... (jeśli ktoś myślał, że trzymam się wegańskiego tygodnia, to był w błędzie).


obiecuję sobie robić więcej zdjęć, żeby w sytuacjach kryzysowych (dzień dobry znów) je wykorzystywać. inaczej kończy się na tym, że mówię sobie: przecież nie będę wrzucać samego ględzenia. ale nie! tak ma nie być! cytując szwedzkie przysłowie z jeszcze niewydanej książki (ah, ten splendor szczotek korektorskich): mniej obaw, a więcej nadziei. mniej jedzenia, a więcej przeżuwania. mniej narzekania, więcej oddychania. mniej gadania, więcej mówienia. więcej kochania. rób to, a wszystko, co dobre, będzie twoje.

jedno z moich ulubionych słów to lagom - w sam raz. na razie albo mam za mało (czasu, energii) albo za dużo (obowiązków, zmartwień). to sytuacja zastana, ale dzisiaj pierwszy raz udało mi się nad tym zapanować (co prawda mogło to wyglądać jak klasyczny foch). w planach na weekend: mycie okien, spacer po lesie (w poszukiwaniu otoczaków, które będą grzać mi później nerki), upieczenie czegoś dobrego (ostatnio żywię się waflami ryżowymi w czekoladzie - mój wygląd to nie niespodzianka), może nawet zobaczymy nowy film wesa andersona, którego kocham miłością wierną.


z rzeczy, którymi mogę się podzielić i poczuć, że robię dobrze - przecena w rosmanie na mleko ryżowe! <3 upolowałam ten antyseptyczną maść himalaya. wyczerpuję kosmetyki, mam już listę na nowe zakupy w biochemii urody. przygotowuję się do miesiąca czystości. 

tymczasem dalej bawię się w zielarkę (niestety nic nie uprawiam, choć bardzo chcę) i proszę państwa, oto kozieradka. hit włosomaniaczek! ma również właściwości tuczące (!), ale ja stosuję ją tylko zewnętrznie. nasiona kozieradki zalewamy wrzątkiem, otrzymany napar wcieramy w głowę, włosy rosną jak szalone. minus: zapach, trochę jak hmmmm kurczak curry? odkąd nie mieszkam sama - odpada. miksturę powinno trzymać się w lodówce, a ponieważ rzadko do niej zaglądam, zapominam, że stoi tam i kozieradka, i żywokost, i olej lniany... demit. co ciekawe, nawet nie wypadają mi tak włosy jak zawsze, ale podejrzewam, że główną przyczyną jest ich drastyczne przycięcie. 

jeśli chodzi o tonik, to lepiej rozcieńczać wodą na pół. w sumie fajnie, że sobie o tym przypomniałam. inne dobroci to dzikie pszczoły, nowy kubek i przesyłki.

halo! tak, tak, każdy zajęty swoimi porządkami, nie gotuję nic nowego (mam przepis na mega-zdrowe-brownie, ale nie mam kiedy zrobić. no i pewnie wsunęłabym całą blachę sama), dni są niebezpiecznie podobne do siebie, a głowa płata mi figle. w sumie nie jest mi do śmiechu, co ważne: radzę sobie.


a co najważniejsze: widocznie dobrze sobie poradziłam. wypadałoby napisać szybkie poleconko. kto zna korzeń żywokostu łapa w górę! oczywiście ja podebrałam alinie. cizia wie, co mówi. ja nie kombinuję z olejkami, wywarami i spirytusami, tylko robię tak: łyżkę owej roślinki (to suszone jest) zalewam wrzątkiem. zostawiam na godzinę, więcej, aż się porządnie zaparzy i wychłodzi. a później... używam jako tonik. ważna sprawa: trzeba trzymać w lodówce, bo szybko się psuje (i znowu pojawia się problem natury organoleptycznej: obiecuję sobie, że następnym razem inwestuję w pięknie pachnącą wodę różaną).

polecam wszystkim, którzy mają nader reaktywny ryj. piąteczka! żywokost łagodzi, regeneruje i uspokaja (mam ochotę się w tym wykąpać, skoro tak). wyrównuje koloryt skóry, pomaga przy atopii. nie piłam, nie wiem, jak smakuje, ale na pewno działa dobrze.

luty, mimo że taki krótki, porządnie dał mi w kość (pierwszy siwy włos <nuci>) marzec na pewno będzie lepszy. już ja się o to postaram!

tymczasem można sobie podsumować: plusy minionego miesiąca są takie, że zaczęłam chodzić na taniec, co ładnie mnie rozciąga. co prawda wczorajsze zajęcia to był jakiś hardkor i bardziej mnie zirytowały niż rozluźniły, no ale zdarza się. luty miał być miesiącem bez nabiału i całkiem mi się udało (nie wspominam o tym, jak bardzo mam ochotę na twarożek w tym momencie. ale ale, już marzec, może się skuszę!). minusy to ogromny stres, ciągłe niewyspanie, dojadanie cudzych obiadów, zero codziennych ćwiczeń (tylko spacery) i wielka medytacyjna klęska. to tyle, co sobie obiecywałam.


myślałam też, że będę lepiej wyglądać, ale cóż. przy okazji wreszcie zmajstrowałam tonik z biochemii urody. jest dosyć inwazyjny (z kwasem salicylowym bha 2%), ale chyba tego jednak potrzebuję. ma złuszczać i regulować, a dzięki hydrolatowi lawendowemu też nieco uspokajać i regenerować. fajny dodatek to eko ekstrakt z rozmarynu, również antyseptyczny i łagodzący. używam dosyć krótko, ale widzę efekty i przede wszystkim nie wysusza skóry!

a mógłby, biorąc pod uwagę, że częściowo porzuciłam naturalne kosmetyki (pianka z pharmaceris zamiast mydła z aleppo, które takbardzośmierdziżeniepolecam), plus ten tonik i jeszcze clarins, a na ryj krem nawilżający z sylveco (brzozowy = chcę wszystko) albo aloesowy z alterry. czasem się maźnę serum winogronowym, czasem z rozpędu nasmaruję się olejem. aha, pewna mądra pani mi powiedziała, że nie powinnam używać non stop oleju kokosowego (chlip), bo skóra się przyzwyczaja i trzeba stosować płodozmian (dzięki bogu za rosmanika i balsam urea za 6 zyli). a czasem używam tego o:

 

raz, że biorę tabsy - liść oliwny - na odporność i ponoć pomaga przy problemach z cerą, dwa, że próbowałam pić olej z oregano (ale to jednak za wiele dobroci i nie mogę przełknąć, jeszcze o tym napiszę), trzy - maść kailas. ajurwedyjska. na wszystko co brzydkie i przeszkadza. konsystencja przedziwna, zapach również (ale z gatunku: chcę ciągle wąchać). krem z himalajskich ziół, o którym dowiedziałam się od urodowej bogini. obiecuje dużo dobrego, sprawdza się (jak na razie) umiarkowanie, niestety wcale nie wchłania się najlepiej, więc stosuję go wieczorami. byleby się zagoiło, co nie.

marzec będzie w porządku: postaram się bezglutenowo.

w ramach oszczędzania wydałam ostatnio absurdalną kwotę w zielarni. chcę używać jak najmniej kosmetyków i zdecydowałam, że zamiast tysiąca balsamów będę używać tylko masła do ciała. a raczej - oleju. dali mi certyfikowany, głupio było mówić, że bieda i chcę zwykły. o, jak dobrze.


to jest zapach moich pierwszych perfum (gwiazdka w pilawie, yves rocher) i ostatnich wakacji (kawałki świeżego, schłodzonego kokosa na sycylijskiej plaży). organiczny robi różnicę. i tu tylko o tym, jak wpływa zewnętrznie - w kuchni to inna bajka. nawet nie chce mi się pisać o właściwościach (no dobra: widocznie poprawia stan skóry, goi rany, bardzo przyjemnie natłuszcza, ponoć ujędrnia...), bo sam zapach sprawia, że mam zamiar używać go już 4ever. aha, podobno nawet ma działanie przeciwsłoneczne!

jak tylko znowu zacznę jeść normalnie (bo teraz to słodycze i jakieś niedojedzone przez babcię obiady) zafunduję sobie słoik do kuchni i będę dodawać do wszystkiego. WSZYSTKIEGO. plusik dla tarczycy, kości, krwi, oczyszczania i metabolizmu. ma działać antyrakowo, ale nie za bardzo wierzę takim zapewnieniom. wystarczy, że przeciwzapalnie.

i jeszcze jeden minus: używając oleju kokosowego bardzo, bardzo tęskni się za latem.

planowałam post o babeczkach jaglanych, ale obawiam się, że nic z tego nie wyjdzie (nadal siedzą w piekarniku i wcale nie wyglądają, jakby chciały być zjedzone). dlatego krótkie poleconko: mimo postanowień, że do rossmanna nie wejdę (niemcom płacić nie będę), to w sumie gdzie indziej znajdę tanie dobre kosmetyki (alterra, bdfm). trafiłam znów na przecenę, więc bez wahania wydałam kolejne dwie dyszki na reklamowany olejek, który jest całkiem w porząsiu.


bio-oil ma bardzo przyjemny zapach, trochę się obawiam, że głównie dlatego mi się podoba. polecany jest na blizny (dzień dobry), rozstępy (hmmm), nierównomierny koloryt, do skóry starzejącej się i odwodnionej (ja, hipochondryczka). zawiera coś, co się nazywa purcellin oil, przełomowy składnik, hohoho. nie mogę powiedzieć, że działa rewelacyjnie, bo używam zdecydowanie za krótko (efekty powinny być widoczne w ciągu trzech miesięcy). używam raczej raz dziennie, zazwyczaj na noc. wydaje się, że pomaga na atopię na dłoniach - są mięciutkie!

no i co tu mamy? witaminę e, olejki z rumianku-lawendy-rozmarynu-nagietka. miło się go używa, wchłania się całkiem szybko i skoro mnie nie uczula, to polecam. może być używany również jako olejek do kąpieli, ale kto ma czas na kąpiel...

powinnam być we lwowie. popijać kawę z miodem i cytryną na bambetli, obżerać się warynkami z kartoplą. lwów wygrywa w tym momencie z warszawą dzięki swojej ludności tymczasowej. oraz, niespodzianka! mają lusha! co prawda ceny są podobne, jak w każdym innym sklepie, no ale w polsce nie uświadczysz. chyba, że za przesyłką...


przy okazji noworocznych podróży zaszliśmy i tam. nie rozumiałam się za bardzo z panią ekspedientką, nie było specyfiku, na który liczyłam, ale nie wyszłam z pustymi rękoma. tak tam pachnie! no więc proszę, polecam: mask of magnaminty. przyjemnie ściąga, oczyszcza, sprawia wrażenie, że skóra mrozi się niczym mięta w drinku. przy okazji nie podrażnia, a goi - żadnych zaczerwienień! po 15 minutach zmywa się pastę z buzi, masując, co działa jak delikatny piling. skład tego mazidła? dobrocie: kaolin, miodek, olejek z mięty pieprzowej, olej z nasion wiesiołka, ba, nawet fasolka adzuki... stosuję dosyć rzadko, ale widzę efekty. oczywiście, jak to w lushu: składniki eko oraz naklejka, kto w ogóle robił (mieszał? pakował?) tę maskę. dziwne, ale okej. trochę im wierzę. 

kupiłam czekoladę z myślą o pracy. w redakcji jemy dużo słodyczy. zazwyczaj ja nic nie przynoszę, bo mówię sobie, że nie zjem. zazwyczaj odmawiam czekoladom, które leżą przed moim komputerem. a później zjadam połowę. i tak, miałam tę czekoladę zanieść jutro i zjeść gremialnie. a później otworzyłam rachunek za gaz i stwierdziłam, że trzeba jakoś uratować ten wieczór. bueh, popełniam ciągle te same błędy! (żeby chociaż była gorzka, ale nie).

nie ma tego złego, trudno. wytopię czekoladę, ale nie tłuszcz! teraz to słowo dobrze mi się kojarzy. dodaję olej kokosowy do wszystkiego, co możliwe (chleb z olejem kokosowym jako biedakolacja), w zasadzie powinnam mieć dwa opakowania: do kuchni i do łazienki. bo w kosmetyce używam go chyba nawet częściej...


nie jest to jakieś wyrafinowane: wmasowuję. w dłonie, włosy, twarz, łokcie... powyższe zdjęcie jest bardzo nieaktualne, bo już wszystkie butelki zużyłam. macadamian oil tak naprawdę nie mój, tylko siostry, ale siostra wyjechała, zostawiła i... (dobrze, że nie czyta tego bloga!). fantastyczny do twarzy, zamiast kremu na noc albo na mrozy. olej z pestek dyni też cudowny, smaruję się nim po kąpieli, a co najważniejsze: płuczę nim usta. serio. mam taki okropny nalot na języku - efekt oczyszczania nasionkami, jak sądzę (bo nie candida, sprawdziłam!) - i w ten sposób dbam też o jamę ustną. płuczę buzię mniej więcej łyżką oleju, tak parę minut, a później wypluwam do toalety (ponoć tyle zarazków, że lepiej tak się tego pozbyć). nie jest jakoś bardzo oleiście, polecam. ważne: od razu trzeba umyć zęby! trochę to też forma medytacji - moment, kiedy jestem sama i nie mogę mówić do siebie na głos. olej z orzechów włoskich już się skończył, to był bardzo trafiony prezent na urodziny (dzięki, martyniks!). pachnie pięknie, dodawałam do wszystkiego, co mogłam - sałatki, jaglanki, mieszanki ocm. nie wiedzie ocb? (suchar, nie mogłam się powstrzymać). w każdym razie: oleje są najlepsze, dążę do tego, żeby używać ich zamiast kosmetyków drogeryjnych. czytaliście ostatni numer zwykłego życia i artykuł o kobietach, które mają pięć mazideł i tyle? właśnie o to chodzi!

ps. podekscytowanie! za dobrą radą dodałam mitkowy newsletter - podejrzewam, że kto się wpisze, będzie dostawał powiadomienie o nowym poście (nie martwcie się - na pewno nie będę spamować). to dobry pomysł? czy powinnam wrzucić jakiegoś rssa?

niektórzy mają tak, że w najbardziej stresujących momentach, z mnóstwem obowiązków na wczoraj, są najlepiej zorganizowani. chyba do nich nie należę - jestem po prostu zmęczona i jedyne, o czym myślę, to sen, kąpiele, czytanie książek pod pierzyną. kąpiele raczej odpadają, bo łazienka to obecnie najzimniejsze pomieszczenie w moim domu. ale trzeba o siebie zadbać, prawda?


oto, co przyszło z biochemii urody! bardzo się cieszę na takie małe zmiany. co ciekawe, okazuje się, że nawet bardzo sucha skóra (jak moja), nie potrzebuje tych wszystkich kremów na dzień, na noc, pod oczy... aktualnie, w najgorsze mrozy, używam jedynie serum winogronowego (o, pardon: eliksiru winogronowego DNA!) oraz - nie bijcie - podkładu z cliniqua. może latem przekonam się do kolorowych kosmetyków eko, na razie zależy mi na tym, żeby nie mieć czerwonego ryja.

moje łakocie: masło kakaowe eko, które jest w tak zbitej formie, że trudno coś z tym zrobić (chyba, że zostawię na kaloryferze - rozpuszczone wmasowuję w łydki, kolana i łokcie, pachnie pysznie, działa jak emolient, co dla mojej hiperwrażliwej skóry jest jak znalazł). wspomniany eliksir składa się z np. resweratrolu (uwaga, cytat! jest wynikiem wieloletnich badań francuskich chemików, powstał w wyniku ekstrakcji z winorośli winnej pochodzącej z ekskluzywnych upraw w rejonie bordeaux we francji. luksusik, hehe), z komórek macierzystych z róży alpejskiej (nie pytajcie), kwasu hialuronowego i witaminki C. przeznaczony jest niby dla cery dojrzałej, ale takie bogate serum sprawdza się teraz na piąteczkę. olej tamanu eko... no nie pachnie najładniej, wiecie? następnym razem skuszę się na monoi. ten taman to coś jak jabłka, tylko że z polinezji. właściwości ma mnóstwo, ale ja oczekuję, że pomoże pozbyć się paru blizn oraz zadziała przeciwzapalnie. stosuję punktowo na noc, czasem wcieram w dłonie, ale mało co im pomaga... zamówiłam również zestaw do stworzenia toniku z kwasem BHA 2% - o tym później.

jest trochę lepiej. oczyszczające nasionka najwidoczniej działają. czekam na -20 stopni, mój dzisiejszy wieczór ratuje kakao na bazie mleka migdałowego. poszukuję studiów dietetycznych, ale chyba zadowolę się kursem... 

używacie takich dziwadeł? czy są jakieś kremy z drogerii, które nie robią krzywdy? 

poprawy na razie nie widać, myślę, że to jednak dłużej potrwa... w planach mam zakup kapsułek z liściem oliwnym. tymczasem robię sobie tonik, a później o nim zapominam, więc po tygodniu muszę robić nowy. całe szczęście, że opakowanie nasion czarnuszki kosztuje raptem parę złotych!


ja tam lubię chlebuś z czarnuszką, chociaż tu wkraczamy na grząski grunt glutenu... ale, ale! o co chodzi z tym tonikiem? trzeba rozkruszyć nasionka (łychę - do listy zakupów dopisuję moździerz), zalać wrzątkiem, odstawić, aż ostygnie. później trzymać maks tydzień w lodówce, przemywać twarz. i tu pojawia się problem: kto by zapamiętał, że obok musztardy stoi jakiś kosmetyk?


a szkoda, bo to samo dobro w płynie. ma działanie antybakteryjne, ponoć łagodzi alergię (sprawdźmy!), mówi do widzenia wolnym rodnikom... a jak się nasionka je, to pomagają ze wszelkimi kwasami, odtruwają... i to taka ładna nazwa.


Powered by Blogger.