Showing posts with label lektura. Show all posts

jesień! cieszę się. ale moja odporność nie, tak więc w moim menu dzisiaj: syrop z cebuli, hektolitry herbaty, propolis i wcieranie amolem. ile można. najpiękniejsze dni tracę na leżenie. przynajmniej mam czas na czytanie. 

nie mam internetów w domu, co też jest dobre. wracam z pracy i rozmawiam (teraz nie, bo nic powiedzieć nie mogę). plany są. teraz trzeba wszystko ziścić. nie ma co gadać!





moi drodzy, wiem. według niektórych już za bardzo popłynęłam, ale kompletnie mi to nie przeszkadza! traktuję to trochę z przymrużeniem oka, chociaż przecież jestem w 100% przekonana. dzisiaj byłam u lekarza u szarlatana na badaniach voll'a. co prawda ta placówka reklamuje się hasłem medycyna XXII wieku i w ulotce miała literówkę, ale co tam. chcecie wiedzieć, na czym polega diagnostyka EAV? no dobra, w skrócie, bo sama nie za bardzo czaję: wykorzystując meridiany (tu się kłania chińska medycyna, akupunktura i te sprawy), przez które przepływa energia (stary dobry prąd) sprawdza się, gdzie jest spadek energii = zator = problem. co mi wyszło?


otóż jest całkiem okej! sprawdziły się pewne sprawki, które już znamy (autoagresja, wątroba, śledziona intensywnie pracuje, ale to dobrze), alergie mnie zaskoczyły (z pokarmowych: tylko krowie mleko! plus, muszę sprawdzić, kiedy kwitnie leszczyna...), reszta umiarkowanie. jeśli chodzi o gluten, to toleruję, ale... mam go w sobie zdecydowanie za dużo. jak już pozbędę się nadmiaru, co jakiś czas zje się pizzunię albo porządną pajdę... co ważne: zmienić środek piorący (jelp? orzechy? anyone?). i prać często pościel. hmhmhm.

tak czy siak, wiele się zgadza i nie żałuję tej wycieczki. zawsze coś nowego. na do widzenia dostałam kartkę z wypisem, co mi dolega, diagnostykę organizmu (wszelkie nadczynności i niedoczynności), a także małe ksero z poradami, które dobrze już znacie. wykaz produktów z glutenem bądź bez, tabelka o kwasotwórczych i zasadotwórczych produktach... powinnam być na 8-tygodniowej diecie bezglutenowej na hardkorze. z rzeczy, o których jeszcze będę pisać: klasyfikacja żywności dla prawidłowego łączenia produktów (ląduje na lodówce - fajnie, nigdy mi się nie chciało robić tej tabelki!) oraz wskazówki, jak oczyścić się z różnych nieprzyjemności, które każdy z nas nosi. hint: będzie o gorzkich, niesmacznych naparach. no już nie mogę się doczekać... (ale najpierw: wycieczka).

oto i on: grzyb bronisław. nie ma go w tej książce, wiadomo! ma się całkiem nieźle, ale już boję się momentu, kiedy spróbuję fermentowanej herbatki. opowiem wam.


a oprócz tego: bezglutenowy chleb kukurydziany. zrobiłam go raz-dwa, bo nic nie było w domu, a muszę opróżnić trochę szafki. robi się tak: nagrzewa piekarnik i foremkę do 200 stopni, miesza dwie szklanki mąki kukurydzianej z 3/4 łyżeczki soli i łyżeczką sody. w drugiej - dwa jajka i pół litra maślanki. później szybko łączymy, przelewamy do foremki i już po 20 minutach mamy chlebek. pasuje na słodko, pachnie pysznie, a i z wegańskim pasztetem i łososiem można zjeść. 


na dobranoc: kakao na sojowym mleku waniliowym. ciężkie czasy, muszę się nauczyć bez wyrzutów dogadzać sobie. zrobiłyśmy sobie nawet listę zasad dobrego człowieka. są dosyć coelho-style, ale jestem przekonana, że wiele w tym prawdy.

ojacię! ale fajnie dostać przeciekawą książkę, wybrać się na niedzielne śniadanie i jeszcze pogawędzić z kimś miłym. na pierwszy rzut oka wydaje się, że będzie o gotowaniu, ale to nie jest książka kucharska. klaudyna z ziołowego zakątka jest naprawdę w porządku. 


przeczytajcie sobie tu sami: na zwykłym życiu pojawił się mój wywiad. w oczekiwaniu na nowy numer postarałam się - tam pojawiły się wielkie litery i poprawność językowa! przynajmniej się starałam.

co więcej: przeczytałam gdzieś, że spirulina ma też swoje złe oblicze i wcale nie można jej traktować jako źródła B12. JAKTO. muszę znaleźć to źródło i dowiedzieć się więcej. stay tuned. znowu spędzam dużo czasu w szpitalach, na jodze jestem łamagą i przez połowę zajęć gapię się na instruktorkę z otwartą z podziwu japą. plany są takie: zapuszczanie włosów (więc wracam do olejowania) i pobudka o 6 rano, żeby szorować ciało na sucho. to chyba powinnam iść spać?


olaboga! cisza spokój, wtem - post, i to z brzydkim zdjęciem. a owszem, nie mam siły udawać, że to jakieś fancy opakowanie i zaraz wysmażę tu fancy focię. nie. wydałam całkiem konkretne pieniądze na coś, co może i wygląda fatalnie, ale a) nie śmierdzi jak niektóre spiruliny, b) ma być lekiem na całe zło. na początku tylko słowo wyjaśnienia: piszę rzadko, ale oprócz wielkiej żywieniowej wtopy (WESELE), trzymam się całkiem nieźle: jeśli nie szejki, to awokado i migdały i kefiry, a teraz jeszcze tydzień oczyszczania wątroby (idzie mi całkiem nieźle, moje nowe ulubione połączenie to owsianka z nektarynkami oraz jaglana z burakiem, kiszonym ogórkiem i paprykowym pesto. mniam!), więc mam wrażenie, że wychodzi na plus.



trochę ćwiczę. ba! zaczynam już dotykać całymi stopami przy psie z głową w dół (joga wygrała z crossfitem na całej linii), widzę też, gdzie popełniam błędy. chciałabym chodzić na astangę 5 razy w tygodniu. w zasadzie, jak się uprę... z czego mogłabym zrezygnować?

ze snu? o, wstawać o piątej rano! jutro pierwszy dzień lata, dobrze by było wykorzystać przychylną porę roku. pracować, śmiać się, mieć czas i energię.

tymczasem: dosłownie parę nowości. zauroczenia i chęci, ważne słowa, kolejne decyzje (what to do). otóż co my tu mamy, to młody jęczmień! czysty sproszkowany sok z liści młodego jęczmienia. ponoć to prawdziwe cudo, pełna gama witamin, składników mineralnych, pierwiastków śladowych oraz aminokwasów. dużo magnezu, żelaza (może też dlatego nie mam anemii? ale anty-tpo wciąż niepokojąco wysokie...), potasu i wapnia. ma za zadanie przywracać równowagę kwasowo-zasadową, zapobiegać chorobom (polecany jest chorym na cukrzycę, zaburzenia pracy tarczycy HELL YEAH, anemię, miażdżycę, nadciśnienie oraz osteoporozę... ma sporo witaminy B w najróżniejszych jej wersjach, kwasu foliowego, choliny, witamin C i E. całkiem super. taki proszek miesza się z wodą, uzyskując soczek, i tu cytat: którego zawartość składników mineralnych i substancji odżywczych odpowiada składem 2 kg ekologicznie uprawianych owoców i warzyw!!! (te trzy wykrzykniki też tak były).

sami widzicie. nie rusza was to? ja się złapałam i mam nadzieję, że serio działa. przy okazji kupiłam też spirulinę w tabletkach (mam ją w redakcji, łykam po obiadku - przypomnijmy, dobre białko z glonów, oczyszcza krew, pomaga w transporcie tlenu, wspiera pracę serca, nerek i wątroby... podobno hamuje apetyt i dodaje energii, ale ja tego nie zauważyłam) oraz bardzo ciekawą książkę o holistycznym uzdrawianiu zaburzeń tarczycy. byłam też na wykładzie fundacji wiem co jem na temat zespołu jelita drażliwego - trochę zbyt długi i medyczny, ale posłuchać małgorzaty desmond zawsze fajnie. wnioski zarówno z książki, jak i z wykładu : gluten ble!

tak więc mam zamiar wydać sporo siana na badania nietolerancji pokarmowych. mam nową matę i gacie na jogę. super chodzić na zajęcia w towarzystwie martyni (go girl!). byleby się nie rozleniwić. dla przypomnienia, że człowiek potrafi wiele, video, o którym często myślę. wrzucałam już je tu zapewne, ale na pewno nie zaszkodzi zobaczyć jeszcze raz...


zdziwieni, prawda? rzadko piszę, a tu bam, znowu coś. otóż ponieważ nie będzie mnie przy komputerze przez najbliższe x dni (szalom przygodo!!!) i trzeba zaserwować coś porządnego na czas nieobecności.


mam nadzieję, że da się odczytać zaznaczony fragment. kejs tzn. cayce wymiata. jeden z uzdrowicieli wszystkiego. swoje przykazania zdrowej diety przekazywał dzięki tzw. ridingom (readingom) - wpadał w coś rodzaju transu i jego asystentka/żona spisywała, co mówi. w wykazie kejsowskich zakazów dietetycznych znalazły się m.in. surowe jabłka i banany, ziemniaki (ale obierki są okej), smażone dania, alkohol, cukier, łączenia pokarmów skrobiowych ze słodyczami (ciasta)... dodawanie mleka lub śmietanki do kawy, żywność konserwowana, używanie do gotowania naczyń aluminiowych, spożywania posiłków w stanie silnego podniecenia lub zdenerwowania. ha! dalej trochę ma racji, a trochę creepy. 

produkty zasadotwórcze powinny stanowić 80% diety. to wszystkie owoce oprócz żurawiny i śliwek, wszystkie warzywa oprócz soczewicy i kukurydzy, mleko, migdały, kawa, herbata, miód, żółty cukier (wtf?), drożdże...

byłoby z naszej strony dużym błędem, gdybyśmy nie podali tu jednego ze słynnych przepisów na potrawę, o której wspominają wszystkie kajsowskie poradniki dietetyczne. nosi ona nazwę bardzo egzotyczną: potrawa mumii. z tą potrawą wiąże się również bardzo ciekawa historia. otóż przepis na nią przyśnił się edgarowi kejsowi 2 grudnia 1937 r. jego sen dotyczył odkrycia w egipcie pewnych napisów, które wytłumaczyła przywrócona do życia mumia. to ona podała poniższy przepis (...). pół szklanki posiekanych daktyli, pół - suszonych fig, 1 lub półtora szklanki wody, 1 kopiasta łyżeczka mąki kukurydzianej. gotować na małym ogniu przez 10 minut lub dłużej, mieszając. podawać z mlekiem lub śmietanką.

z ciekawostek w anemii polecany jest również "sok" z wołowiny. eeee, nie spróbuję.


a tak na serio, co z tej książki wyciągnę? spróbuję zrobić ową potrawkę. będę jeść więcej migdałów. postaram się poczytać o prawidłowym łączeniu produktów. proponowane są również autosugestie. tu znalazłam też dietę jabłkową, którą mam zamiar zastosować. 

zostawiam was z dwoma bonusami: ukochaną normą kamali i krótkim dialogiem prosto z ridingu o tarczycy:

pytanie: ser?
odpowiedź: ser - tabu.

uf, to pierwsze tak pracowite święta. zazwyczaj spędzałam je u dwóch babć, teraz trochę obowiązków przejmuję ja. pierwszy barszcz (nie jestem przekonana), święconka przygotowana razem z siostrą, wykopany z ogródka chrzan, a zamiast mazurków, za którymi nie przepadamy - ciasta. pochwalę wam się, co zrobiłam!



nie robię nic na siłę, przynajmniej się staram, bo świąteczna paranoja jest blisko. potrzebowałam coś do chleba (glutenowe szaleństwo, nie czytajcie tych gazet!), tak więc zrobiłam super szybką pastę z fasoli i maku. nie miksowałam po raz drugi, żeby było widać maczkowe kropki. jest nieco gorzka - dodałam chyba za dużo oliwy. ale na błędach się człowiek uczy - na drugie śniadanie jak znalazł. zrobiłam również pasztet z soczewicy, ale nie ten, co zwykle, tylko pierwszy przepis z książki ani włodarczyk. wstyd się przyznać, ale nie raz (!) popłakałam się czytając zapach truskawek. to nie jest książka kulinarna. zrobiłam z autorką też mikrowywiad. o barszczu już mówiłam, ale nie jestem przekonana do smaku, zobaczymy jutro...


nie chciałam też przesadzić ze słodyczami, bo wiem, że będzie ich zatrzęsienie. także zrobiłam coś, co może stać i jest coraz smaczniejsze, a do tego jest bardzo łatwe - ekspresowe wegańskie ciasto czekoladowo-bananowe. w te święta będę jadła mnóstwo niekoniecznie zdrowych rzeczy (majonez i słodycze amamam), więc sama wolałam zrobić coś na lajcie. wieczorem jeszcze zrobię ten niby-mazurek, dużo tu bakalii i innych zdrowoci, nawet, jeśli nie wyjdzie, będzie ok.


poza tym dwa tekściki w zwykłym życiu (niezmiennie polecam), nowa sukienka i plany. cieszę się ze słońca. siostra przywiozła mi z rzymu grzybowe pesto truflowe. chyba zeżremy po prostu na grzankach! mam nadzieję, że dobrze spędzacie święta - jakkolwiek by nie było, spacer ze święconką to miła tradycja.

pozbywam się książek, które niewiele dla mnie znaczą. niektóre, mimo, że są dziwne, zostawiam sobie na pamiątkę. może to mojego dziadka, może mojej mamy. książki z gatunku wtf. na pierwszy rzut: poradnik siostry anny - metody samoleczenia. dajesz!


podchodzę do tego z otwartą głową. jest trochę śmiechu, trochę ciekawych informacji i zabawnych zdjęć (zobaczcie sami - rozblokowanie zmęczenia <3 ). zainteresował mnie fragment o nerwicach (wg. siostry anny na nerwice cierpi w polsce 20-25% ludności!), aby system nerwowy działał należycie, potrzebuje do regeneracji witamin z rodziny B. niestety - ten, kto ma poważniejsze kłopoty z nerwami, powinien poddać się leczeniu. (he he he).


są też przepiski, np. na antybiotyk naturalny. 2 cebule, 4 ząbki czosnku, 2 łyżki stołowe cukru - wszystko gotować półtorej godziny, otrzymany sok pijemy przez 3 dni. jesteśmy zdrowi. (w zasadzie powinnam spróbować).

fun fact: na anemię polecane jest następujące spożywanie jabłek: 6-8 jabłek przekłuć sześcioma GWOŹDZIAMI. pozostawić przez dobę. zjeść jabłko zasilane żelazem. eeee? z kolei kąpiel w poszatkowanej kapuście pomoże reumatykom. 

ważna jest ciężka praca, dzięki której mamy pod dostatkiem żółci do trawienia oraz unikamy zaparcia. 


z książki na pewno wykorzystam przepis na zielony napój z liści mniszka. ma wzmacniać, witaminizować i poprawiać cerę (jest coraz lepiej). z resztą siostra anna napisała, że dla ładnej cery należy unikać spożywania pełnego mleka i białego sera. można także pić drożdże (to od poniedziałku - klasyk!)

właściwa przemiana materii? przed posiłkiem należy odprężyć się, jeść przy stole, podczas posiłku zachować pogodę ducha. na pewno jeszcze doczytam o wykluczających się pokarmach.

na koniec porada dla każdego: trzeba hartować się, walczyć codziennie z jakąś trudnością, od najmniejszego dziecka do śmierci będą efekty. istnieje wiele różnych hałasów, ale tylko jedna cisza.

Powered by Blogger.